MKTG SR - pasek na kartach artykułów

Jak szkoła traci pasjonatów? Wywiad z polonistką, która odeszła do nietypowej branży

Katarzyna Mazur
Katarzyna Mazur
„Lękam się spojrzeć w świata przepaść ciemną” - prace na wysokościach tylko pozornie pozbawione są literackich kontekstów
„Lękam się spojrzeć w świata przepaść ciemną” - prace na wysokościach tylko pozornie pozbawione są literackich kontekstów fot. z kolekcji M.S.
Uprawiała dziennikarstwo wojenne, zakładała placówki edukacyjne w obozach dla uchodźców z Syrii, uczyła dworskiego ceremoniału i była polonistką w warszawskiej szkole społecznej. Odchodząc z zawodu, wybrała zupełnie nietypową branżę - prace na wysokościach. O przekraczaniu granic i o tym, dlaczego polski system edukacji traci pasjonatów - opowiada Strefie Edukacji Marta Senk.

Ukończyłaś polonistykę na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, ale nie od razu rozpoczęłaś swoją przygodę z edukacją, prawda?
Nie od razu, ponieważ nigdy nie zakładałam, że będę pracowała w szkole! Oprócz polonistyki, skończyłam też dziennikarstwo i widziałam siebie bardziej w tej roli. Wciągnęło mnie wtedy dziennikarstwo wojenne i robiłam wszystko, żeby znaleźć się w strefie działań zbrojnych.

Krótko mówiąc, po studiach pojechałaś na wojnę?
Tak, pojechałam na wojnę i jeździłam także w miejsca różnych konfliktów społecznych, bo to mnie interesowało. Byłam w Libii, Tunezji, w Maroku podczas Arabskiej Wiosny, później podróżowałam śladami konfliktów na wschodzie – odwiedziłam Górski Karabach, Azerbejdżan, Kosowo. Ostatnia wojna, na której byłam, to konflikt zbrojny w Iraku i Syrii z Państwem Islamskim. Pracowałam dla kurdyjskich i jednocześnie dla polskich mediów na zasadzie freelancingu. Tworzyłam materiały - pisałam reportaże, robiłam fotografie i sprzedawałam je zainteresowanym czasopismom. W ten sposób publikowałam w „Ricie Baum”, „Czasie Kultury”, „Tygodniku Powszechnym”, „Krytyce Politycznej”.

Co zadecydowało, że po powrocie do kraju postanowiłaś związać się z edukacją?
Sporo czasu spędziłam na terenach obozów dla uchodźców z Syrii, gdzie było wiele dzieci i ogromna potrzeba tworzenia dla nich szkół. Dołączyłam do grona wolontariuszy z Europy Zachodniej, którzy wraz z organizacjami kurdyjskimi zakładali dla nich placówki edukacyjne.

Jak to wyglądało?
To była organizacja od podstaw – począwszy od ustalenia miejsca, zdobycia materiałów i stworzenia budynku, w którym miała się znajdować placówka, poprzez badanie, jakie grupy dzieci mamy, w jakich językach mówią, kiedy zamierzają wyjechać z obozu, aż po prowadzenie zajęć. Działaliśmy intuicyjnie, bo nie byliśmy specjalistami. Uczyliśmy dzieci języków obcych, plastyki, muzyki, matematyki, organizowaliśmy wyjścia poza obóz, żeby mogły zobaczyć świat.

Czy w takich warunkach można oczekiwać, że taka szkoła przyniesie jakieś rezultaty?
Myślę, że było to przede wszystkim zagospodarowanie dzieciom czasu i pokazanie, że szkoła istnieje. Nie mieliśmy możliwości stworzenia pełnej placówki systemowej. To była praca wolontaryjna. Jednak dla wielu dzieci to było pierwsze zetknięcie z ideą szkoły. Ważne były też wycieczki poza obóz, zwłaszcza dla tych dzieci, które się w nim urodziły i nigdy go nie opuszczały. W każdym razie - to doświadczenie sprawiło, że zapragnęłam związać się z edukacją. Odnalazłam się w tym i poczułam, że praca z dziećmi i młodzieżą to jest to, co chcę robić. Nie miałam jednak przygotowania pedagogicznego, postanowiłam więc pracować jako edukatorka w instytucjach kultury i tak po powrocie do kraju trafiłam do Zamku Królewskiego w Warszawie, gdzie pracowałam przez trzy i pół roku.

To z kolei jeszcze zupełnie inny rodzaj edukacji, wymagający szerokiej wiedzy, wykraczającej często poza Twoje wykształcenie kierunkowe.
Tak, ale to był bardzo przyjemny i spokojny czas. Edukatorzy zanim otrzymają grupę, sami przechodzą odpowiednie szkolenia. Miałam okazję szkolić się w różnych zakresach i zgłębiać niecodzienną tematykę, taką jak niuanse osiemnastowiecznej mody czy ceremoniał dworski. To było przyjemne, czułam, że wzbogacam swoje zasoby. Z kolei praca z różnorodnymi grupami była ciekawa, opracowywałam wiele wersji wycieczek, dostosowanych do wieku odbiorców i ich potrzeb.

Postanowiłaś w końcu swoje pedagogiczne doświadczenia przekuć w formalne wykształcenie. Jak wyglądały studia w Szkole Edukacji?
To było niezwykłe i bardzo intensywne. W jeden rok zrealizowaliśmy program czterech semestrów, łącznie z praktykami. Szkoła Edukacji kładzie nacisk na praktyczną stronę nauczania, więc codziennie pracowaliśmy w szkołach, a po południu mieliśmy zajęcia na uczelni.
Szkoła Edukacji poukładała mi w głowie wcześniejsze doświadczenia, dając mi praktyczne narzędzia pedagogiczne i dydaktyczne, ale też potwierdzając, że intuicyjnie szłam w dobrym kierunku. Uświadomiłam sobie, jak ważne jest budowanie przyjaznego środowiska edukacyjnego, bliskości z uczniem i indywidualnego podejścia. Na początku wydawało mi się to utopijne, ale już wiem, że jest możliwe.

W efekcie zostajesz etatową nauczycielką w jednej z warszawskich szkół społecznych.
Tak. Była to szkoła, w której skupialiśmy się na indywidualnych potrzebach uczniów, elastycznym i nowoczesnym podejściu do nauczania. Głównym założeniem było, aby brać pod uwagę ucznia jako jednostkę, która ma swoje potrzeby, trudności, gorsze i lepsze dni. Dbać o jego rozwój intelektualny, ale też o świadomość, że może kreować swoje otoczenie, być aktywnym społecznie. Uczeń miał wpływ na kształt placówki, w której się uczył, jego głos był ważny. Miał prawo do wyrażania siebie na różne sposoby.

Wydaje się, że osiągnęłaś cel. Przez półtora roku uczysz języka polskiego w ambitnej szkole, jesteś wychowawczynią. Nagle rzucasz całe swoje wykształcenie i w połowie roku szkolnego zdobywasz certyfikat IRATA i stajesz się alpinistką przemysłową... Rozczarowała cię edukacja?
Nie, sama edukacja mnie nie rozczarowała. Absolutnie nie. Lubiłam pracę nauczycielki, spotkania z klasą, organizowanie zajęć dostosowanych do możliwości, temperamentów i zainteresowań moich uczniów, szukanie dla nich najlepszych rozwiązań, towarzyszenie im w procesie edukacyjnym. To dawało mi energetycznego kopa. Rozczarowały mnie rzeczy niezwiązane ściśle z nauczaniem. Decyzja o odejściu nie była łatwa, ale też dość wcześnie zaczęła we mnie kiełkować. Nosiłam się z nią przez jakiś czas.

Co przeważyło?
Ogromna ilość czasu poświęcanego na projekt "szkoła" ze względu na wszystkie dodatkowe obowiązki. Te słynne 22 godziny pracy nauczyciela to jest mit i można w niego uwierzyć, pierwszy raz patrząc na umowę, szybko się jednak okazuje, że pracy jest znacznie więcej. Wypełnianie dokumentacji, przygotowywanie zajęć, sprawdzanie prac, kontakt z rodzicami, rady pedagogiczne, dni otwarte, wywiadówki, które w mojej szkole potrafiły trwać do godziny 21.00, do tego wyjazdy na wycieczki, zielone szkoły, organizacja wydarzeń szkolnych, konkursów, spektakli. Nauczyciel myśli o pracy cały czas, także w domu, o tym, co wydarzy się jutro, co za tydzień i jak to wszystko ze sobą spiąć. W pewnym momencie życie prywatne schodzi na dalszy plan i człowiek orientuje się, że już obiema nogami stoi tylko i wyłącznie w szkole. I rano, i wieczorem. To jest zwyczajnie bardzo męczące.
Do tego trzeba dołączyć dość trudne zagadnienie - kontakty z rodzicami uczniów. Myślę, że studia nie przygotowują nauczycieli na pracę z rodzicem, początkujący nauczyciel nie wie, czego się spodziewać, jak się sprawnie komunikować, jak i gdzie stawiać granice.

Spotkałaś się z ich przekraczaniem?
Oczywiście nie wszyscy rodzice to robią, istnieje zawsze grono osób bardzo wspierających, które faktycznie współpracują, wychodzą z inicjatywą, troszczą się o życie klasowe. Są jednak i tacy rodzice, którzy często ingerują w proces edukacyjny, mają nierealne oczekiwania i towarzyszy im niewiara w to, że nauczyciel jako pedagog może mieć słuszność. Często próbują narzucać swoje metody wychowawcze i liczą, że wychowawca będzie pracował z dziećmi tymi samymi metodami, które oni stosują w domu.
Nie rozumieją jednak, że to jest zupełnie inne środowisko. Że to jest właśnie świat zewnętrzny, do którego trafiają dzieci i spotykają się z nowym. I dobrze, bo poznają inne narzędzia, inne osobowości, inne sposoby rozwiązywania konfliktów. Uczą się i trzeba dać im na to czas, zaufać, nie ingerować. Praca z grupą jest wystarczająco skomplikowana sama w sobie, kiedy dochodzą do tego, często sprzeczne, interesy rodziców, robi się bardzo trudno. W naszej szkole komunikacja z rodzicem musiała być szybka i wyczerpująca, rodzic był traktowany niemal na równi z uczniem. Naprawdę mnóstwo czasu poświęcałam każdego dnia odpisywaniu na maile. To było dla mnie zaskoczenie.

Zatem porzuciłaś karierę w oświacie i postanowiłaś zostać wykfalifikowaną pracowniczką budowlaną, zajmującą się pracami na wysokości, wymagającymi dostępu linowego. To nie brzmi jak łatwy przeskok między bliźniaczymi branżami.
Tak, biorąc pod uwagę fakt, w jakim kierunku rozwijała się moja kariera może wyglądać to zaskakująco. Lina nie była mi całkiem obca, ponieważ wcześniej uprawiałam wspinaczkę sportową, alpinizm przemysłowy to jednak coś zupełnie innego. Ale człowiek uczy się w ciągu życia bardzo wielu rzeczy i to jest po prostu jedna z nich. Samo zdanie egzaminów nie przysporzyło mi problemu. Można się tego nauczyć. Tak jak jazda samochodem wymaga umiejętności zmiany biegów, tak praca na wysokości wymaga, abym wiedziała jak założyć uprząż i wpiąć się w te wszystkie przyrządy. Ale to dopiero początek. Potem jest zadanie do wykonania. Większości tych prac nigdy nie wykonywałam, np. nie miałam okazji przeprowadzać na dużą skalę zabiegów antykorozyjnych... Więc znowu nauka. Ale to też jest rozwijające. Zresztą, wkrótce po rozpoczęciu pracy na budowie zrobiłam kurs BHP dla menedżerów i w efekcie zarządzam teraz projektem budowlanym.

I jak się czujesz w nowym zawodzie? To była korzystna zmiana?
Przede wszystkim ta praca daje mi o wiele większe możliwości życiowe. Po pierwszej wypłacie za pracę linową byłam zaskoczona, że w ciągu 6 dni mogę zarobić tyle, ile w szkole zarabiałam przez miesiąc. Poza tym odzyskałam czas wolny i spokojną głowę. W pracy myślę o pracy, a po niej mam czas dla siebie, czego bardzo brakowało mi w szkole.

Nie żal ci słynnych wolnych wakacji?
Bez tych wakacji praca w rytmie szkoły nie byłaby możliwa zbyt długo. Nie żal mi. Mam urlop, którym mogę zarządzać i wykorzystać w wygodnym dla siebie momencie.

To koniec z edukacją?
Nie, nie mówię, że odchodzę na zawsze. Praca, którą teraz mam, daje mi dobre zaplecze finansowe i jest ciekawa, ale edukacja była moją pasją. Jest wysoce prawdopodobne, że wrócę do szkoły, ale nie sądzę, aby stało się to szybko. Jeśli wrócę, to będę mogła potraktować tę pracę jako hobby, a nie źródło utrzymania. Choć teraz życzę wszystkim nauczycielom, żeby za
swoje zaangażowanie otrzymywali godną wypłatę i szacunek na jaki ten zawód zasługuje.

od 16 lat
Wideo

Dziś 81. rocznica Ludobójstwa na Wołyniu

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Dołącz do nas na X!

Codziennie informujemy o ciekawostkach i aktualnych wydarzeniach.

Obserwuj nas na X!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Jak szkoła traci pasjonatów? Wywiad z polonistką, która odeszła do nietypowej branży - Strefa Edukacji

Wróć na expressilustrowany.pl Express Ilustrowany