Strażacy z Łodzi opowiadają o tym, jak przebiegała akcja poszukiwawczo-ratunkowa w Bejrucie. Z Łodzi poleciało ich tam 16. ZDJĘCIA

Liliana Bogusiak-Jóźwiak
Liliana Bogusiak-Jóźwiak

Wideo

Zobacz galerię (12 zdjęć)
16 strażaków z Łodzi, tworzących specjalistyczną Grupę Poszukiwawczo-Ratowniczą, kilka dni temu wróciło z misji w Bejrucie gdzie w wyniku eksplozji, która miał miejsce 4 sierpnia zginęło co najmniej 160 osób.

W akcji ratowniczej wzięli udział ci funkcjonariusze, którzy na co dzień walczą z ogniem w jednostkach gaśniczych nr 1, 9, 10 oraz z Komendy Wojewódzkiej Straży Pożarnej.

- W stolicy Libanu po wybuchu trzech tysięcy ton saletry amonowej cała dzielnica portowa została zrównana z ziemią – opowiada Aleksander Mirowski, starszy kapitan, Oficer ds. Rozpoznania uczestniczący w misji. - W miejscu wybuchu powstał krater o głębokości 43 metrów, tyle metrów wysokości ma łódzki hotel Double Tree by Hilton, i średnicy 120 metrów. Siła uderzeniowa była tak wielka, że w odległości blisko 1 kilometra od miejsca wybuchu nie pozostało nic.

Specjalistyczna grupa ratownicza z Polski, łącznie z łodzianami liczyła 43 osoby. Wszyscy pracowali w strefie zero. Skupiali się na poszukiwaniu osób uwięzionych. W przydzielonym sobie sektorze, wykorzystując sprzęt geolokalizacyjny, przeszukiwali każdy budynek od piwnicy po ostatnie piętro.

- Strażak w takim miejscu przechodzi w tryb działania profesjonalny i zadaniowy – mówi Marcin Płotica pytany o emocje towarzyszące ratownikom w takim miejscu.

Ani ekipa z Polski ani żadna z pozostałych ponad 10 brygad, które przyjechały z innych krajów Unii Europejskiej aby nieść pomoc mieszkańcom Bejrutu, nie wydobyła z ruin nikogo żywego. Gdy po dwóch dobach władze uznały, że nie ma już nadziei na ich odnalezienie, oficjalnie zakończono fazę ratowniczą. Zbiegło się to również z wybuchem zamieszek na tle politycznym. Pomoc przeszła do fazy humanitarnej. Wtedy też nadszedł czas na wydobycie ciał tych, dla których dom stał się grobowcem.
Inżynierowie z uprawnieniami budowlanymi, którzy byli w polskiej grupie poszukiwawczo-ratowniczej, przystąpili do oceny stanu technicznego budynków.

– Sprawdzali, czy i które będą nadawały się do zamieszkania – dodaje Marcin Płotica. - A z tym było bardzo różnie. Niektóre były całe pokruszone, inne z rysami, ale ostały się i takie, które można było zasiedlić.

Wśród zgliszcz Libańczycy szukali swoich bliskich i tego, co zostało z ich dobytku, z ich życia. Zdeterminowani i silni na ile to możliwe w takiej sytuacji. Taki obraz z Bejrutu – jak mówi Aleksander Mirowski – zabrał z sobą do Polski.
– Oni jeszcze przez wiele tygodni nie wrócą do życia, jakie znali sprzed wybuchu – mówi o mieszkańcach stolicy. - Ale patrząc na nich widzi się, z jak wielką determinacją walczą o to, aby powrócić do normalności. Aby odbudować to, co zniszczył wybuch i stworzyć dzieciom dom.

Na takiej misji, która stała się udziałem strażaków z Łodzi, każdy element działania jest precyzyjnie określony i realizowany zgodnie z harmonogramem. Na lotnisku w Bejrucie strażacy wsiedli do autokaru, który dowiózł ich bezpośrednio do miejsca obozowania. Rozbili obóz i przystąpili do działań ratowniczych. Te w Libanie były prowadzone codziennie od godz. 7 do godz. 24. W nocy decyzją tamtejszych władz poszukiwań nie prowadzono – była godzina policyjna.

O północy strażacy wracali do bazy, aby po 4-5 godzinach snu o godz. 7 rano być w strefie zero. Pomimo 30 stopniowego upału i dużej wilgotności ubrani w kombinezony szczelnie zasłaniające ciało przez kolejne kilkanaście godzin przeszukiwali zgliszcza. I tak codziennie aż do złożenia obozowiska i powrotu do kraju. Liban widzieli tyle, co z okien autokaru.

Wszystkie ekipy w Bejrucie pracowały pod nadzorem wojska. Nawet w tak dotkniętym przez los mieście, pracę ekip ratowniczych utrudnił COVID 19. Pobyt strażaków w Bejrucie zaczął się wiec od testów, na wynik których czekali blisko 8 godzin.
- Żadna grupa przed otrzymaniem negatywnych wyników nie mogła przystąpić do działań ratowniczych – dodaje Aleksander Mirowski. - Na szczęście okazało się, że nikt nie jest zakażony i zostaliśmy w pełnym składzie dopuszczeni o pracy.

Procentuje w takiej sytuacji dyscyplina i podążanie za wszystkimi procedurami bezpieczeństwa jakie strażacy wdrożyli w trakcie pandemii w Polsce.

Grupa poszukiwawczo-ratownicza z Łodzi po raz pierwszy działała w takich warunkach, jak w Bejrucie. Wcześniej należący do niej strażacy byli z misją w dotkniętych trzęsieniami ziemi Haiti i Nepalu. Członkami takiej grupy są tylko ochotnicy. Dostają dodatkowe, niepłatne zadania do wykonania. Muszą nieustannie się szkolić. Nagrodą jest dla nich poczucie, że robią coś wartościowego.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie