Wyszukiwarka wyborcza

Wybory Parlamentarne

Sprawdź, gdzie możesz zagłosować

Do wyborów pozostało

  • 01dzień
  • 14godz.
  • 15min.
Odwiedź serwis wyborczy 

Wielkie mecze, stadionowe burdy i korupcja w tle. Historie pamiętnych finałów PP

Rafał Strzelec
Jeden z bardziej pamiętnych finałów Pucharu Polski miał miejsce w Bydgoszczy
Jeden z bardziej pamiętnych finałów Pucharu Polski miał miejsce w Bydgoszczy Adam Hak (Ekstraklasa.net)
Już dziś na Stadionie Narodowym odbędzie się 62. finał Pucharu Polski z udziałem Legii Warszawa i Lecha Poznań. Legioniści są bezapelacyjnym liderem w ilości zdobytych pucharów – aż 17-krotnie wygrywali finały o to krajowe trofeum. Przyjrzyjmy się historii najważniejszych finałów Pucharu Polski, które z wielu przyczyn można uznać za najważniejsze.

Początki

Geneza Pucharu Polski ma swoje początki w międzywojennej rzeczywistości, a dokładniej w roku 1925 roku. Pierwszy finał miał zostać rozegrany w maju rok później, ale zawirowania na scenie politycznej spowodowały przeniesienie decydującego meczu na jesień. We wrześniowym finale spotkały się wówczas będąca w tamtym czasie na topie Wisła Kraków oraz drużyna, której obecna siedziba znajduje się poza granicami naszego kraju – Sparta Lwów. „Biała Gwiazda”, będąca pewnym faworytem tego meczu, strzeliła bramkę już w 10. minucie, ale ekipa ze Lwowa zdołała doprowadzić do wyrównania już dwadzieścia minut później. Półtora tysiąca kibiców oglądało niezwykle wyrównany pojedynek na Stadionie Miejskim w Krakowie. Rozstrzygnięcie padło na 23 sekundy przed końcowym gwizdkiem – strzelcem decydującej bramki był Henryk Reyman, legenda krakowskiego zespołu. Jego strzał zadecydował o triumfie „Białej Gwiazdy” w pierwszej edycji Pucharu Polski na stadionie, który obecnie nosi jego imię. Wtedy nikt nie wiedział jeszcze, że na kolejną edycję pucharu przyjdzie czekać aż 25 lat…

Wielkie pojedynki na murawie...

Turniej powrócił dopiero w 1951 roku, po najtragiczniejszej z wojen w dziejach, w nowej, innej zupełnie rzeczywistości. Lata 60. i 70. były jednak najbardziej owocnym czasem dla polskiej piłki – i to nie tylko ze względu na sukcesy „Orłów” Górskiego, ale także na wyjątkowo silne drużyny klubowe. Hołd należy złożyć w tym miejscu także jednej z najwspanialszych wówczas aren sportowych, na której rozgrywały się finały Pucharu Polski. Stadion Śląski w Chorzowie, który obecnie jest opustoszałym kolosem, areną absurdu związanego z nieudolnym zadaszeniem, był wówczas gospodarzem decydujących batalii o Puchar Polski. Obiekt ten jest także rekordzistą pod względem frekwencji podczas finału – blisko 70 tysięcy kibiców oglądało finał pomiędzy Zagłębiem Sosnowiec a Ruchem Chorzów w 1963 roku. Lata 60. i 70. to czasy, które były szczególnie udane dla dwóch ekip – Legii Warszawa i Górnika Zabrze. Klub ze stolicy spotkał się wówczas z ekipą ze Śląska aż trzykrotnie w finałach, wygrywając jedynie raz po dogrywce. Szczególny był jednak finał z 1972 roku w Łodzi. Gorgoń, Lubański, Szołtysik po stronie Górnika oraz Deyna, Ćmikiewicz i Gadocha po stronie Legii – generacja zawodników, którzy byli wybitnymi indywidualnościami w dwóch potężnych zespołach. Legia prowadziła 2:1 po bramkach Gadochy, jednak nie było wówczas obrońcy na świecie, który byłby w stanie zatrzymać Włodzimierza Lubańskiego –  cztery gole wbite „Wojskowym” i zwycięstwo 5:2 dały wówczas zabrzanom piąty puchar z rzędu. Był to jeden z najbardziej obfitujących w bramki finałów w historii. Do dziś, mimo różnych losów obu klubów w ostatnich dziesięcioleciach, mecze Górnika z Legią uchodzą zarówno w rozgrywkach ligowych, jak i pucharowych za klasyki gatunku. 

…i wielkie wojny na trybunach wspomnienia

Dla warszawskiej Legii i poznańskiego Lecha finał Pucharu Polski w 1980 roku miał być wyjątkowy. „Wojskowi” nie zdobyli żadnego trofeum od siedmiu lat i czekali na powrót do elity, a Lech miał dopiero pierwszą szansę na zaistnienie, w końcu w ekstraklasie grał regularnie dopiero od ośmiu lat. Miejscem finału był Stadion Miejski w Częstochowie, obecnie znany z żużlowych meczów miejscowego „Włókniarza”. 9 maja stawiło się 15 tysięcy kibiców z Poznania i około 10 tysięcy z Warszawy – docierali głównie pociągami i autobusami. Pierwsi przybyli fani ze stolicy, którzy od rana grasowali po częstochowskich ulicach. Zanim do miasta dotarli kibice przeciwnej drużyny, doszło do pierwszych utarczek… Jak okazało się jeszcze przed przyjazdem kibiców Lecha, zaprzyjaźnieni z nimi wówczas kibice Polonii Bytom zaatakowali fanów zespołu z Łazienkowskiej. Wielu kibiców Legii myślało, iż byli to ludzie z zaprzyjaźnionego Szczecina, jak jednak się okazało, zarówno Polonia, jak i Pogoń miały te same barwy, które stały się przyczynkiem do agresji. –_ Szliśmy ulicą w kilkunastoosobowej grupie, gdy naprzeciwko zobaczyliśmy znacznie większą ekipę w niebiesko-czerwonych szalikach. Ucieszyliśmy się, że to kibice zaprzyjaźnionej z nami Pogoni, i śmiało ruszyliśmy w ich stronę. Ale tamci na nas ruszyli i nie mieli wcale przyjaznych zamiarów. Okazało się, że to grupa zaprzyjaźnionych z Lechem kibiców Polonii Bytom, a Polonia ma takie same barwy jak Pogoń. Długo nas wtedy gonili: zatrzymaliśmy się dopiero przy dużej stercie kontenerów z pustymi butelkami po mleku. Po kilku sekundach nic z tej sterty nie zostało _– wspomina kibic Legii, który był wówczas w Częstochowie. Kiedy już kibice Lecha dotarli do Częstochowy, fani „Wojskowych” czekali na stadionie głodni zemsty za atak bytomskich koleżków „ Kolejorza”… Kibice z Warszawy na widok swoich znienawidzonych oponentów rzucali czym popadnie w tłum ludzi z Poznania. Ci nie pozostali dłużni –  wyważyli bramę wejściową na stadion i rozpoczęli długotrwałe mordobicie, które przeniosło się z trybun na pobliskie osiedla. Sytuacja wymknęła się natychmiast spod kontroli. Organizatorzy próbowali doprowadzić do pojednania obu grup kibicowskich, jednak w trakcie rozmów na koronie stadionu z jednej i drugiej strony leciały szklane butelki, kamienie i kawałki ławek. Milicja była bezradna. Służby medyczne nie były w stanie udzielić pomocy poszkodowanym. Dopiero po kilku godzinach do Częstochowy dotarły oddziały żołnierzy służby zasadniczej, które oddzielił zwaśnione strony. Bilans ofiar do tej pory nie został ustalony. Ówczesne władze ze względów czysto politycznych i propagandowych usunęły wzmianki dotyczące tamtych wydarzeń. Według świadków było zdecydowanie więcej osób poszkodowanych, niż przedstawiano to w oficjalnych raportach. Kilku z nich mówiło nawet, iż widzieli na ulicach Częstochowy zwłoki. Sam mecz został zdominowany przez piłkarzy z Warszawy, którzy pokonali Lecha aż 5:0 i odnieśli upragniony sukces, który przyćmiły wydarzenia z trybun.

Kazus Kopciuszka

Historia jest futbolu jest pełna spotkań, w których renomowana i faworyzowana drużyna przegrywa mecz w dramatycznych okolicznościach z piłkarskim outsiderem. Do takiej sytuacji doszło w 1992 roku. Miedź Legnica – drużyna, która nigdy wcześniej ani później nie dotarła do najwyższej klasy rozgrywkowej w naszym kraju, stanęła naprzeciw Górnika Zabrze podczas finału Pucharu Polski w 1992 roku. Ówcześni wicemistrzowie kraju mieli rozgromić legnicką Miedź, która miała stanowić jedynie tło dla drużyny prowadzonej wówczas przez Jana Kowalskiego. Na Stadionie Wojska Polskiego w Warszawie wszystko szło zgodnie z planem. Górnik pierwszy zdobył bramkę i dominował zdecydowanie przez większą część spotkania. Druga połowa położyła cień na organizatorów meczu, którzy nie upilnowali kibiców wdzierających się na płytę boiska w Warszawie. Michał Listkiewicz, arbiter tamtego spotkania, przerwał mecz na kilka minut, po czym po uspokojeniu się sytuacji wznowił go. Jak się okazało, przerwa pozytywnie wpłynęła na ekipę z Dolnego Śląska –  Miedź w 79. minucie doprowadziła do wyrównania po indywidualnej akcji Baziuka. Drugoligowa drużyna doprowadziła do dogrywki, w której – o dziwo – dominowała, stwarzając kilka dogodnych sytuacji. Dodatkowe pół godziny gry nie przyniosło jednak rezultatu – o wyniku miały decydować rzuty karne. W tych lepsi byli piłkarze z Legnicy, którzy sensacyjnie pokonali faworytów z Zabrza i sięgnęli po swój pierwszy, i jedyny do tej pory, Puchar Polski. 

Skandal poliszynela

Tak można określić finał z 1998 roku, który zdaniem wielu osób ze środowiska piłkarskiego mógł zostać kupiony. W decydującym meczu Amica Wronki spotkała się z Aluminium Konin. Widowisko to odbyło się na stadionie Lecha Poznań przy ulicy Bułgarskiej. Zaczęło się fantastycznie dla Aluminium, które po 33 minutach prowadziło z faworyzowaną ekipą z Wronek 2:0. Był to jednak prawdopodobnie koniec czystego i niesterowanego z zewnątrz meczu. Lubelski arbiter, który prowadził to spotkanie, Marek Kowalczyk, kartkował niemiłosiernie zespół z Konina w absurdalnych wręcz sytuacjach, dając zawodnikom Aluminium aż siedem żółtych kartek i jedną czerwoną w 79. minucie meczu dla Andrzeja Jaskota za rzekome nieodsunięcie się zawodnika na odpowiednią odległość w czasie wykonywanie rzutu wolnego. Amica w tych warunkach zdołała wyrównać jeszcze przed przerwą. W 75. minucie zespół z Konina ponownie wysunął na prowadzenie Artur Bugaj, jednak po usunięciu z boiska Jaskota ekipa z Aluminium została niemal skazana na porażkę. Amica doprowadziła do  wyrównania, a w samej dogrywce wbiła jeszcze dwie bramki swoim rywalom, wygrywając ostatecznie 5:3. Pojedziemy do Lublina i spalimy sku…syna- grzmiało 7 tysięcy fanów Aluminium zgromadzonych przy Bułgarskiej, wyrażając dezaprobatę dla poczynań sędziego. Marek Kowalczyk został ukarany trzymiesięcznym zawieszeniem w prowadzeniu spotkań, co dla wielu kibiców było karą wręcz śmieszną. Prokuratura nie zajęła się sprawą, gdyż mecz odbył się na długo przed zmianami w prawie dotyczącymi karania korupcji w sporcie (1 lipca 2003 roku). Przypuszczenie co do tego, iż finał ten był ustawiony, rozwiał jednak przed sądem były piłkarz  Amiki Wronki i reprezentacji Polski, Paweł Kryszałowicz. – Pamiętam mecz finału Pucharu Polski Amica Wronki –  Aluminium Konin. To było słynne spotkanie. Nie mam wątpliwości, że mecz został ustawiony. Słyszałem, że tam miała miejsce licytacja między tymi dwoma klubami, kto da więcej sędziemu. Z tego, co ja słyszałem, to na sędziego poszło wtedy z Amiki 150 tysięcy złotych. Pamiętam, że po tym meczu była wśród zawodników składka. Płaciliśmy pieniądze z premii za zdobycie tego tytułu. Nie pamiętam, czy fizycznie przekazaliśmy te kwoty czy też były nam one potrącone. To organizował Ryszard F.

Historia lubi się powtarzać

Cieniem na historii finałów Pucharu Polski był z pewnością mecz pomiędzy Legią a Lechem w sezonie 2010/2011. Policja z góry zapowiadała, iż nie chce wyrazić zgody, aby mecz odbył się na obiekcie w Bydgoszczy, który nie był dostosowany do tego typu spotkania tym bardziej, iż z góry były wiadomo, w jakim celu na mecz przyjadą zwaśnieni kibole obu klubów. Mimo to spotkanie doszło jednak do skutku dzięki decyzji władz miasta, a konsekwencje nie tyleż materialne, co wizerunkowe widać po dziś dzień. Sam mecz był dość dobrym widowiskiem, które rozstrzygnęło się dopiero w rzutach karnych. W regulaminowym czasie Lech remisował z Legią, uległ jednak „Wojskowym” po rzutach karnych 5:4. Kiedy mecz się zakończył, arena sportowa stała się areną bijatyki pomiędzy fanami Legii i Lecha. Na oczach przedstawicieli PZPN-u, UEFA oraz ówczesnego ministra sportu kibole zdewastowali obiekt w Bydgoszczy, wyrządzając ogromne szkody. Straty liczone były w dziesiątkach tysięcy złotych. Policja zmuszona była użyć wobec kiboli armatek wodnych i broni gładkolufowej. Zamiast wielkiego święta po raz kolejny mieliśmy wielką klapę, która została zakończona ostatecznie wręczeniem przez Grzegorza Latę pucharu dla drużyny ze stolicy.

Nowe otwarcie

Polski Związek Piłki Nożnej na czele ze Zbigniewem Bońkiem stara się podnieść obecnie rangę Pucharu Polski, którego finał ma odbywać się na Stadionie Narodowym w Warszawie. Dobry PR wokół PZPN-u sprzyja takiemu rozwiązaniu, toteż budowana od trzech lat marka finałów na Narodowym cieszy się coraz większa popularnością. Pierwszy finał na Stadionie Narodowym odbył się 2 maja 2014 roku między Zawisza Bydgoszcz a Zagłębiem Lubin, który ekipa z Bydgoszczy wygrała w rzutach karnych. Zeszłoroczny mecz o to trofeum wygrała Legia pokonując Lecha 2:1. Dziś „Kolejorz” ma okazję do rewanżu za klęskę w finale poprzedniej edycji.[/cs]

Wideo

Materiał oryginalny: Wielkie mecze, stadionowe burdy i korupcja w tle. Historie pamiętnych finałów PP - Gol24

Komentarze 2

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

R
Radek

Szkoda, że nie jest napisane o finale na Łazienkowskiej, gdzie kibice Legii pobili piłkarzy Lecha

k
kibic Wisły

Szkoda, że nikt nie wspomniał o finale PP pomiędzy Wisłą, a Legią, który do dnia dzisiejszego się nie odbył z kuriozalnego powodu jakim było zagrożenie bezpieczeństwa na Narodowym (a jak widać się da).

Dodaj ogłoszenie