reklama

Tomasz Narkun: Nie odmówię Mamedowi rewanżu. Ale myślę też o boksie i wadze ciężkiej [WYWIAD]

Tomasz Dębek
Tomasz Dębek
Zaktualizowano 
Tomasz Narkun
Tomasz Narkun sylwia dabrowa /polska press
W UFC jest najwyższy poziom sportowy, ale zawodnicy nie są tam najlepiej traktowani. KSW o mnie dba, czuję się tu dobrze. Nie ma sensu, bym to teraz zostawił - podkreśla Tomasz Narkun (MMA 15-2), mistrz KSW wagi półciężkiej, który na gali KSW 42 w Łodzi pokonał Mameda Chalidowa (34-5-2).

Tomasz Dębek: Skończył już pan świętowanie po sobotniej wygranej z Mamedem Chalidowem na KSW 42 w Łodzi?
Tomasz Narkun: Świętowanie jeszcze się nie skończyło. Wręcz przeciwnie, cały Narkun Team dopiero zaczyna oficjalne after party. (śmiech)

Jak się pan czuje? Po twarzy prawie nie widać ciężkiego sobotniego boju.
Trochę oberwałem, ale głowę mam akurat wytrzymałą. Dziewięć lat zawodowej kariery robi swoje. Fizycznie czuję się bardzo dobrze. Psychicznie jeszcze lepiej. Jestem szczęśliwym człowiekiem.

Wielu uznało wasz pojedynek za najlepszy w historii polskiego MMA.
Zgadzam się z nimi. Obejrzałem walkę na chłodno. Było w niej wszystko, czego potrzeba. Wielka stawka, świetna oprawa, dramaturgia, zwroty akcji... Chyba każdy fan chciał to zobaczyć.

Mówi się, że aby zostać legendą, trzeba pokonać legendę. Czuje pan, że zrobił duży krok w kierunku dorównania popularnością takim zawodnikom jak właśnie Mamed czy Michał Materla?
Zwycięstwo z tak wyśmienitym fighterem jak Mamed na pewno zostanie przez kibiców zauważone i docenione. Trzeba iść w stronę podobnych walk, inaczej trudno się przebić. Udało mi się spełnić cel, do którego dążyłem w ostatnich latach. Umarł król, niech żyje król. (śmiech)

>> KSW 42. Młodzi gniewni i przegrani weterani. Co dalej z Mamedem Chalidowem? <<

Jak na chłodno ocenia pan swój występ?
Nigdy nie jestem do końca zadowolony ze swoich występów. Tak jest też tym razem. W pierwszej rundzie Mamed dwa razy bardzo ładnie mnie trafił. Ale byłem konsekwentny. Nawet przez sekundę nie przeszło mi przez głowę, żeby odpuścić.

Po walce mówił pan, że ciosy Chalidowa nie robiły dużego wrażenia.
Źle mnie zrozumiano. Mówiłem wtedy o ciosach z trzeciej rundy. Te z pierwszej oczywiście poczułem, przecież lądowałem po nich na deskach. Nie kładłem się na matę, bo chciałem, tylko dlatego, że mocno mnie trafił.

Po dwóch rundach przegrywał pan na kartach punktowych każdego z sędziów. Czuł pan, że w trzeciej trzeba iść po poddanie albo nokaut?
Pewnie. Taki zresztą był mój plan na walkę. Z rundy na rundę miałem się rozkręcać, a w trzeciej przycisnąć już na maksa. Wiedziałem, że przegrywam na punkty. Musiałem pójść na całość. Albo ja albo on.

To, że pana klubowy kolega Michał Materla niedawno bił się z Mamedem [w listopadzie 2015 r. Chalidow znokautował go w pierwszej rundzie – red.] mocno ułatwiło przygotowania?
Michał bardzo mi pomógł. Dostałem od niego mnóstwo cennych wskazówek. To jedna z osób, której zawdzięczam mój sukces. Dzięki jego walce i przygotowaniom do niej nasz sztab trenerski styl Mameda miał już przeanalizowany. To na pewno ułatwiło sprawę.

„Cipao” też walczył w Łodzi. Jak czuje się po bolesnej porażce ze Scottem Askhamem?
Michał jest zawodnikiem, którego nie trzeba podnosić na duchu. To tytan pracy. Rozmawiamy w poniedziałek po gali. Podejrzewam, że on już jest na treningu siłowym i myśli o kolejnej walce. Z pewnością będzie chciał szybko wrócić do klatki. Po gali w Łodzi Michał był na siebie zdenerwowany. To zrozumiałe, popełnił błąd i przegrał. Ale nie ma szans, by ten wypadek przy pracy go załamał. Głowa do góry i jedzie dalej.

ciąg dalszy wywiadu na następnej stronie

Tomasz Narkun gotowy na rewanż z Chalidowem. "Robimy to!"

Zwycięzca pojedynku Materli z Askhamem był przymierzany do walki o pas Chalidowa. Tymczasem po gali w Łodzi wszyscy, łącznie z Mamedem, chcą waszego rewanżu.
Jeżeli ma na to ochotę, to zawodnikowi takiej klasy nie wypada odmówić. Wszystko zależy teraz od włodarzy KSW, kibiców i samego Mameda. Ja uciekał przed tą walką nie będę. Jeśli wszyscy chcą rewanżu, zróbmy to!

Chalidow zapowiedział, że tym razem chciałby bić się już nie w limicie umownym, ale w pana kategorii, do 93 kg. Wtedy stawką będzie tytuł mistrza wagi półciężkiej.
Skoro Mamed chce mojego pasa, to niech położy na szali też swój. Wygrałem pierwszą walkę, dlaczego mam być stratny? Zróbmy pojedynek o dwa tytuły!

Jeśli będziecie walczyli w limicie 93 kg, to trudno żeby stawką pojedynku miał być też pas kategorii niższej o dziewięć kilogramów.
Na pewno dogadamy się odnośnie szczegółów. Jestem otwarty na propozycje. Wszystko jest w rękach włodarzy KSW.

Walka o pas miałaby już pięć rund, a nie trzy. To dla pana korzystny scenariusz?
W sobotę w trzeciej rundzie zacząłem się rozkręcać. Dopiero wtedy wszedłem w walkę, poczułem że wszystko się układa. Dodatkowe dwie rundy byłyby dla mnie świetnym rozwiązaniem.

>> Mamed Chalidow: Stęskniłem się za MMA. Będę walczył, dopóki mi się chce [WYWIAD] <<

Chalidow w dniu walki ważył 92 kilo, później twierdził, że powinien zbić masę do 88-89. Ile ważył pan?
Myślę, że około 97-98 kilogramów.

Czuł pan przewagę warunków fizycznych?
W płaszczyźnie parterowej przeważałem nad nim siłą. Podobnie było, kiedy w końcu złapałem go przy siatce i naciągałem go na uderzenia kolanami. Ja byłem w sobotę silniejszy, a Mamed szybszy.

Po tej walce myśli pan, że Chalidow mógłby z powodzeniem powrócić do kategorii półciężkiej, niekoniecznie tylko na wasz rewanż?
Na to pytanie niech każdy odpowie sobie sam. Mamed to zawodnik, który w każdej kategorii wagowej stanowi zagrożenie. Jest bardzo szybki i eksplozywny. Będzie górował szybkością nad każdym rywalem w kategorii do 93 kg.

Kiedy pojedynek się zakończył, oddaliście sobie bardzo dużo szacunku. Wcześniej było jednak kilka zaczepek w mediach społecznościowych i słownych potyczek. Takie akcenty przed walką były potrzebne?
Zawodowy sport rządzi się swoimi prawami. Jeśli chcemy sprzedać walkę, zrobić show na skalę światową, to trzeba podkręcić atmosferę, wzbudzić trochę kontrowersji. Nie mam nic do Mameda. Zawsze będę go szanował, nie wiem co musiałoby się wydarzyć, żeby coś się pod tym względem zmieniło. Prowokacje przed walką były tylko marketingowymi zagraniami, nic więcej. Kiedy zaczynałem przygodę ze sportami walki, moimi zagranicznymi idolami byli Anderson Silva i przede wszystkim Fiodor Jemieljanienko, jak dla mnie największa ikona MMA. W Polsce wzorowałem się na Mamedzie. Oglądałem KSW niemal od początków tej federacji, a on był wyróżniającą się postacią. Chcąc zostać kiedyś najlepszym, musiałem podpatrywać najlepszych. Dlatego obserwowałem Mameda. Już wtedy marzyłem, by stanąć z nim do pojedynku.

ciąg dalszy wywiadu na następnej stronie

Mamed Chalidow: Nie interesują mnie występy dla innych organizacji niż KSW i ACB

Podobno wkrótce czekają pana negocjacje z KSW.
Zgadza się. W tym momencie jestem zawodnikiem bez kontraktu, będziemy rozmawiać o nowej umowie. Jeśli dostanę odpowiednią stawkę, mogę podpisywać ją nawet jutro. (śmiech)

Propozycji z innych organizacji nie brakuje?
Ciągle się jakieś pojawiają. Mój styl walki i potyczki słowne z rywalami podobają się wielu organizacjom. Próbują mnie przekonać do odejścia. Ale niestety dla nich, w KSW czuję się dobrze i obecnie nie widzę potrzeby opuszczenia tej federacji.

Możliwość sprawdzenia się z najlepszymi na świecie w UFC nie kusi?
W KSW spełniłem marzenia. Zdobyłem mistrzowski pas, później zmierzyłem się z Mamedem i pokonałem go. Jest mi tu naprawdę bardzo dobrze. KSW o mnie dba. Zwłaszcza teraz, kiedy po sobotniej walce mogę stać się jedną z czołowych postaci federacji. Nie ma sensu, żebym to teraz zostawił. KSW to mój dom, podoba mi się tu.

O tym, że w UFC nie musi być kolorowo, świadczy choćby przykład pana przyjaciela Gegarda Mousasiego, który nie był zadowolony z warunków kontraktowych i odszedł do Bellatora.
Im większa organizacja, tym bardziej wykorzystuje swoich zawodników. Pod względem sportowym UFC jest najlepsze na świecie. Ale jeśli chodzi o traktowanie fighterów, którzy nie są tam największymi gwiazdami, na pewno nie jest nawet w czołówce. KSW do każdego z nas podchodzi indywidualnie, to bardzo miłe. Wcześniej walczyłem dla innych organizacji, również zagranicznych. Wszędzie można było odczuć, że zawodników nie do końca się tam szanuje. W KSW jest inaczej.

>> MACIEJ KAWULSKI: KSW CHCE ZDOBYĆ EUROPĘ I NIE WYPUŚCIĆ POLSKI Z DRUGIEJ RĘKI <<

Ma pan stały kontakt z Mousasim? Może będzie pomagał mu w przygotowaniach do majowej walki w Londynie?
Myślę, że wybiorę się do niego i trochę razem potrenujemy. Czeka go ważny pojedynek, o pas mistrza wagi średniej, z bardzo dobrym przeciwnikiem Rafaelem Carvalho. Wystarczy jedno słowo, a szybko pakuję się i lecę pomóc mu w przygotowaniach.

Trenował już pan z nim przeszłości. Pomogła panu praca z tak świetnym i doświadczonym zawodnikiem?
I to bardzo. Zacząłem z nim trenować, kiedy byłem wtedy na początku kariery w MMA. Nasze poziomy były zupełnie inne. Wzorowałem się na Gegardzie, starałem się korzystać z jego doświadczenia. To zaowocowało tytułami mistrza M-1 Selection, European MMA, a na końcu KSW.

Jak w ogóle się poznaliście?
Do Holandii zaprosił mnie kolega, który tam mieszkał i kiedyś trenował z Gegardem. Nie zastanawiałem się długo, chciałem przekonać się, jak pracuje taki mistrz. Potrenowaliśmy razem, Gegardowi spodobało się, że jestem zawzięty i dobrze radzę sobie w parterze. Szybko się zakumplowaliśmy, po moim powrocie do Polski utrzymywaliśmy kontakt. Później przez rok zamieszkałem w Holandii i znów razem trenowaliśmy. Do tej pory odwiedzam go co jakiś czas. Spędzam u niego dwa czy trzy tygodnie. Nadal mogę się od Gegarda dużo nauczyć.

Jak ocenia pan swoje umiejętności na tle Mousasiego czy Jana Błachowicza, z którym sporo trenowaliście przed sobotnią walką?
Myślę, że nie mam się czego wstydzić. Wiele razy trenowałem z zawodnikami UFC i było OK. W tej organizacji jest ponad 500 fighterów. Zdarzają się wybitni, ale nie każdy musi być mega kotem. Jeśli chodzi o Janka to jest bardzo dobry, fajnie się z nim trenowało. Myślę, że 17 marca zrewanżuje się Jimiemu Manuwie za porażkę w ich pierwszym starciu. Tym razem nie zostawi decyzji w rękach sędziów. Jest bardzo zdeterminowany, widać błysk w jego oczach. Nie ma mowy, żeby kalkulował. Janek był na mojej walce z Mamedem. Bardzo mu się podobało. Powiedziałem mu, że w Londynie musi zrobić to samo co ja w Łodzi.

ciąg dalszy wywiadu na następnej stronie

Maciej Kawulski: Mamed sięga po kolejne berło. Walka z Narkunem będzie trudniejsza niż z Mańkowskim

W Warszawskim Centrum Atletyki trenował pan też z Arturem Szpilką. Poza boksem podpatrywał techniki parterowe?
Ćwiczyliśmy głównie elementy stójkowe. Jego wskazówki przydały mi się w walce z Mamedem. Wykorzystałem kilka ciosów, które wspólnie przerabialiśmy. Bardzo dziękuję mu za pomoc. W parterze też trochę się pobawiliśmy, ale raczej dla żartów. Artur jest pięściarzem i zostaje przy boksie. W maju ma walkę na PGE Narodowym. Szkoda by było lat spędzonych przez niego w ringu. Doszedł przecież do walki o mistrzostwo świata. Myślę, że powinien pozostać na swojej drodze. Wierzę w niego. Ten chłopak jest w stanie zostać mistrzem.

A gdyby, odpukać, powinęła mu się noga, lub po prostu chciałby spróbować sił w MMA? Szpilka ma szansę wejść na wysoki poziom w tej dyscyplinie?
Oczywiście. Ma świetny boks i pracę na nogach. Jest szybki, dynamiczny i stabilny, trudno go przewrócić. Na pewno miałby szansę rywalizować z dobrymi zawodnikami. Ale musiałby nastawić się tylko na MMA i ciężko pracować nad parterem. Łączyć startów w boksie i MMA nie ma sensu. To zupełnie inne dyscypliny.

Pana do boksu nie ciągnie? Po walce Conora McGregora z Floydem Mayweatherem jrem wszyscy chcieli robić podobne. Przed kamerami Polsatu w żartach ustaliliście nawet z Karolem Bedorfem, że on może walczyć ze Szpilką, a pan z Mateuszem Masternakiem.
Nigdy nie rzucam słów na wiatr. Byłem przymierzany do walk bokserskich. Nawet niedawno dostałem kolejną propozycję. Nie będę zdradzał nazwisk, ale w grę wchodzili czołowi zawodnicy sceny boksu. Śledźcie moją karierę, na pewno będzie jeszcze głośno. Może wrócimy do tego tematu.

Mógł pan walczyć na majowej gali Marcina Najmana na PGE Narodowym?
Nie powiem, że nie.

Jakie ma pan plany na ten rok?
Chciałbym stoczyć jeszcze dwie walki. W czerwcu w Ergo Arenie i na zakończenie roku.

Będzie pan atakował wagę ciężką?
Tak samo jak boks, siedzi mi to w głowie. Jestem otwarty na propozycje w tej kategorii. Ale zaczekajmy najpierw na walkę o wakujący tytuł mistrza KSW. Wtedy zobaczymy, z kim mógłbym się zmierzyć.

Zwycięzcę poznamy 14 kwietnia we Wrocławiu. Michał Andryszak zmierzy się tam z Philipem De Friesem. Czułby się pan pewny swego z jednym i drugim?
Z kim bym nie walczył, zawsze wchodząc do klatki czuję się pewny swego. Moim zdaniem jeśli nie czujesz się pewnie, nie masz czego szukać w MMA. Przecież nie wyjdę do walki z myślą, że dostanę bęcki.

Stylistycznie by panu pasowali?
Lubię bić się z większymi rywalami. Wtedy mogę nadrabiać różnicę warunków fizycznych szybkością. Za to mniejsi i szybsi, tacy jak Mamed, sprawiają mi problemy. W wadze ciężkiej czułbym się więc bardzo dobrze.

Przygodę ze sportami walki zaczął pan od filmów z gatunku tzw. kina kopanego?
Tak, jako dzieciak oglądałem mnóstwo takich filmów. Jean-Claude Van Damme rozprawiający się z Tong Po czy innymi przeciwnikami był dla mnie inspiracją. Razem z kumplami z podwórka wiązaliśmy deski linką i obijaliśmy je jak tarcze. Albo rzucaliśmy sobie kokosy na brzuchy z dużej wysokości. Wszystko, żeby być jak Van Damme w „Kickboxerze”. Walka zawsze była w moim życiu. Biłem się na podwórku, później w szkole... Z czasem okazało się, że wychodzi mi to całkiem nieźle i pasuję to sportów walki.

Od kiedy wie pan, jak wygląda walka w rzeczywistości, jest pan w stanie oglądać te filmy z przyjemnością?
Jasne, to dla mnie powrót do przeszłości. Odkurzanie takich klasyków jest super. Niektóre sceny faktycznie bardziej śmieszą niż zachwycają. Człowiek mający pojęcie o swoim ciele i technikach uderzanych zdaje sobie sprawę, jakie sekwencje są w prawdziwym świecie niemożliwe do wykonania. U mnie ta bańka pękła po pierwszych treningach brazylijskiego jiu-jitsu, boksu i MMA. Ale nadal fajnie ogląda mi się filmy akcji. Kino rządzi się swoimi prawami, może trochę naginać rzeczywistość.

>> MACIEJ KAWULSKI: KSW POWRÓCI NA PGE NARODOWY. ALE NIE BĘDĄ U NAS WALCZYĆ GWIAZDY DISCO POLO <<

Pierwszych sześć zawodowych walk w MMA stoczył pan poza Polską, w Niemczech, Holandii, Finlandii i Rosji. Dlaczego?
Jako amator walczyłem głównie w Polsce, chociaż wyjazdy zagraniczne też się zdarzały. Ostatnim były mistrzostwa Europy w Shooto w Holandii, gdzie wygrałem pięć walk i zdobyłem złoty medal. To był 2009 rok. Wróciłem do Polski, wystartowałem w jakichś zawodach grapplingowych, po których Piotr Bagiński zapytał mnie, czy nie chcę zawodowej walki w MMA. Za miesiąc, w Berlinie. Chyba nawet nie znaliśmy wtedy przeciwnika. Dla mnie to było coś nowego, choć miałem duże doświadczenie amatorskie. Zgodziłem się bez wahania. Pojechałem i wygrałem. Wielu zobaczyło, że mam potencjał. Kolega „Olo” stwierdził, że coś należy z tym zrobić. Zaproponował mi wspomniany już wyjazd do Holandii i treningi z Gegardem Mousasim. Później sprawy potoczyły się już same. Na salę przyszli ludzie z M-1, wypatrzyli mnie i od razu chcieli podpisać kontrakt. Dlatego pierwsze walki toczyłem poza Polską.

Czym zajmuje się Tomasz Narkun poza walkami?
Moją pasją są przede wszystkim samochody. Ale interesuję się też innymi dyscyplinami sportu. Czytam książki, oglądam filmy, gram w gry komputerowe na konsoli. Gotować nie lubię, za to bardzo lubię jeść. (śmiech) Zwłaszcza w okresie po walkach, kiedy mogę sobie pozwolić na wszystko. Kiedy muszę trzymać ścisłą dietę, bywam z tego powodu rozdrażniony. Poza tym lubię spotykać się z ludźmi, poznawać świat, podróżować. Chyba jak każdy.

A piłka nożna? W pana okolicach nie można chyba nie kibicować Pogoni.
Jestem stargardzianinem z krwi i kości. Urodziłem się w Stargardzie, wtedy jeszcze Szczecińskim. Do Szczecina mamy około 40 kilometrów, więc Pogoń każdy zna i lubi. Mnie też zdarzało mi się być na jej meczach. U nas mamy Błękitnych, którzy kiedyś nakopali Lechowi Poznań, w sezonie kiedy zdobył mistrzostwo Polski. (śmiech) Nie jestem wielkim kibicem piłki nożnej, ale wiem, że to było bardzo głośne wydarzenie.

Rozmawiał Tomasz Dębek
Obserwuj autora artykułu na Twitterze

Tomasz Narkun po zwycięstwie nad Mamedem Chalidowem. "Umarł król, niech żyje król"

Wideo

Materiał oryginalny: Tomasz Narkun: Nie odmówię Mamedowi rewanżu. Ale myślę też o boksie i wadze ciężkiej [WYWIAD] - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie