Tam, gdzie koty znów zaczynają mruczeć. Tymczasowy dom Fundacji „Przytul Kota”

Piotr Jach
Piotr Jach
Kto nie wie, gdzie jechać, raczej tu nie trafi. Stary biurowy budynek w kompleksie przemysłowego Teofilowa nijak nie kojarzy się z azylem dla zwierząt. Jednak to właśnie tutaj bezpańskie koty mają swój mały raj – „Mruczarnię”, przejściowy dom, który już od niemal 5 lat prowadzi łódzka Fundacja „Przytul Kota”.

Od wejścia od razu wiadomo, czyje to królestwo – wchodzących wita Igi, który bez nominacji wziął na siebie rolę rozczulającego majordomusa. Ociera się łebkiem o nogi, nadstawia grzbiet do głaskania. Popieszczony mruczy z rozkoszą, generując niski dźwięk najwyższego kociego ukontentowania: „mrrr”… Ten puszysty przyjaciel ludzi nie przepada za przedstawicielami własnego gatunku, zatem wziął we władanie korytarz 240-metrowej „Mruczarni” i jako jedyny ma tu prawo stałego pobytu.

- Igi jest u nas od roku – mówi Joanna Chądzyńska, prezes Rady Fundacji. – Ma około 7 lat. Podejrzewamy, że został wyrzucony z domu przez właściciela, kiedy zorientował się, że kot jest chory, bo został mu ślad po obróżce na szyi. Miał w uchu guz, z którego sączyło się coś okropnie śmierdzącego. Możliwe, że już u nas zostanie, bo okazało się, że ma raka woszczynowego z tendencją do odrastania i przerzutów, więc jest to kot wymagający szczególnej opieki. Ale i tak szukamy dla niego domu.

Reszta kotów, a jest ich obecnie blisko 50 (a bywało też ponad 70), mieszka na pokojach 240-metrowej „Mruczarni”, która cała zaaranżowana została tak, by kocim pensjonariuszom było w niej wygodnie i bezpiecznie. W oknach są siatki, a poza kanapami i fotelami w każdym kącie stoją drapaki, legowiska, budki i domki, w których mniej śmiałe koty – a po przybyciu do „Mruczarni” nie wszystkie są towarzyskie – miały gdzie się schować. Spod każdego mebla wystaje zresztą jakiś pyszczek lub ogon... Ponieważ koty kochają się wspinać, mają do dyspozycji drewniane skrzynki zamocowane do ściany i otwarte szafy z otworami wyciętymi w półkach, przez które śmigają z prawdziwie kocią zwinnością. Centralnym punktem jest duży salon z przyległymi dwoma mniejszymi pokojami i trzecim stanowiącym przedszkole, w którym rezydują kocięta. Jest też szpital, w którym przebywają koty przewlekle chore lub wymagające leczenia. Całość uzupełnia zaplecze sanitarne i wielofunkcyjna kuchnia. Wszędzie czysto, schludnie, pomimo dużej liczby zwierząt w powietrzu nie unosi się zapach żadnych odorów. Pachnie kotami, oczywiście, ale tą wonią kotów zadbanych, co jest zasługa wolontariuszy, którzy dbają o „Mruczarnię” dwa lub trzy razy dziennie sprzątając kuwety, zamiatając i myjąc podłogi, uzupełniając karmę i wodę w miseczkach, podając chorowitkom leki.

- Współpracujemy w tej chwili z około 40 wolontariuszami, ale nie wszyscy są w równym stopniu zaangażowani w utrzymanie „Mruczarni” – przyznaje Chądzyńska. – Większość to, jak ich nazywamy, głaskacze, którzy wpadają, by pobawić się z kotkami, zapewnić im trochę rozrywki. Żeby było jasne: to też ważna rola, bo zwierzęta muszą się socjalizować i jak się już z miejscem oswoją, są też skore do zabawy. Jednak rąk do pracy jest wiecznie za mało, bo tu trzeba się nanosić, nadźwigać, nasprzątać nie zawsze miło pachnących rzeczy…

- Na co dzień jest tyle do zrobienia, że na zabawę nie zawsze jest czas, więc głaskacze są zawsze miło widziani – zapewnia Dorota Marat, wolontariuszka tymczasowo zatrudniona w „Mruczarni”, która zakres obowiązków gospodarza kociego domu zna jak mało kto.

„Przytul Kota” – jak to fundacja – utrzymuje się głównie z tego, co dostanie.

- Nie mamy strategicznego sponsora. Fundusze na działalność pozyskujemy z bardzo różnych źródeł: ze zbiórek publicznych na internetowych portalach „zrzutkowych”, z wpłat przez media społecznościowe. Ważnym źródłem utrzymania są nasi wirtualni opiekunowie, czyli osoby, które co miesiąc przekazują małe datki na utrzymanie konkretnych zwierząt. Niektóre kotki mają ich po kilku i to pozwala nam zapewnić im utrzymanie. Kiedy koty znajdują nowe domy, wirtualni opiekunowie z reguły biorą pod opiekę świeżo przybyłe zwierzęta – wyjaśnia Joanna Czyżycka, członek zarządu fundacji.

Ważną rolę w finansowaniu organizacji pełni też „Kocimiętka” – gabinet weterynaryjny Fundacji „Przytul Kota”, który działa przy ul. Aleksandrowskiej 74. Oprócz zapewnienia opieki weterynaryjnej podopiecznym fundacji oraz kotom żyjącym dziko zajmuje się też leczeniem wszelkich domowych zwierzątek posiadających właścicieli. Dzięki zaangażowanym w działalność charytatywną weterynarzom 100 procent dochodów lecznicy trafia na konto fundacji.

– Chcieliśmy, żeby tak to funkcjonowało: by lecząc swoje zwierzęta, ich właściciele pomagali leczyć te bezdomne. To bardzo dobrze uzupełniające się działalności i wiele osób chętnie korzysta z usług „Kocimiętki” właśnie z tego powodu – mówi Agnieszka Hodyra, założycielka i prezes Fundacji „Przytul Kota” dodając, że fundacja jest też Organizacją Pożytku Publicznego, której wiele osób ofiarowuje co roku 1% swoich podatków (KRS: 0000582607). – Zawsze staraliśmy się też zbierać datki na fundację w trakcie różnych akcji edukacyjnych, ale jak się łatwo domyślić, ta forma działalności od nastania pandemii dość poważnie kuleje. Radzimy sobie, choć jak każda fundacja, nie odmówimy też żadnego wsparcia.

O Fundacji „Przytul Kota” łodzianie dowiadują się najczęściej, gdy trafią na bezdomne koty, z którymi nie wiadomo co zrobić. Gdy nie ma innego sposobu zapewnienia im opieki (fundacja dokarmia też koty żyjące dziko, ma też opiekunów tymczasowo przyjmujących zwierzęta pod swój dach), przechodzą kwarantannę w „Kocimiętce” i trafiają do „Mruczarni”, która choć może przypominać schronisko dla kotów, jest z założenia tylko ich tymczasowym domem. Przystankiem. Priorytetem jest bowiem znalezienie kotom właścicieli i domów, w których będą wieść szczęśliwy koci żywot.

– Zawsze są chętni na adopcję młodych kociąt, ale nie jest też do końca prawdą, że pozostałe nie mają szans na adopcję. Wielką litość wzbudzają niekiedy największe „bidy”, jakie do nas trafiają. Niedawno ze wsi przywieziono nam kotka z uciętą łapą, którą i tak trzeba było mu amputować, bo rana bardzo się jątrzyła. Tego malucha chciało adoptować kilkanaście osób, a 145 innych wpłaciło przez internet datki na wsparcie jego leczenia. Oczywiście kotka mógł dostać tylko jeden nowy właściciel, ale przy takich okazjach nowy dom znajdują często inne zwierzęta będące akurat pod naszą opieką. Wierzymy, że każde znajdzie swój dom – mówi Joanna Czyżyńska.

Galerię kotów do adopcji „Mruczarni” i więcej informacji o działaniach fundacji można znaleźć na stronie www.przytulkota.pl.

Jakie błędy najczęściej popełniamy nosząc maseczki?

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie