Rok rządów PiS. Czy Beata Szydło utrzyma to, co wygrała rok temu?

Witold Głowacki
Największym zagrożeniem dla Szydło jest stricte polityczna aktywność jej ministrów
Największym zagrożeniem dla Szydło jest stricte polityczna aktywność jej ministrów Marek Szawdyn
Szefowa rządu wciąż cieszy się znacznie lepszymi wynikami sondażowymi od Jarosława Kaczyńskiego czy Antoniego Macierewicza. Może dlatego, że przynajmniej część wyborców głosowała przecież na PiS o twarzy Beaty Szydło

Rok temu odbyły się wybory parlamentarne, w których Prawo i Sprawiedliwość zdobyło większość parlamentarną. Owocami zwycięstwa cieszą dziś w ten czy inny sposób wszyscy ważniejsi politycy PiS. Ale była w partii osoba, która wygrała jednak zdecydowanie więcej niż wszyscy inni - obecna premier Beata Szydło.

Jeszcze zaledwie dwa lata temu Beata Szydło zdecydowanie nie była frontmenką PiS. Owszem, od 2010 roku dość konsekwentnie budowano jej wizerunek ekspertki gospodarczej. Z czasem została jednym z wiceprezesów partii - zaznaczmy tu jednak, że łącznie jest ich sześcioro, w tym tak istotne dla PiS postacie jak Adam Lipiński, Mariusz Kamiński czy Antoni Macierewicz. Na ich tle Szydło była jednak długo postacią drugiego planu. W prawdziwe światło reflektorów trafiła dopiero za sprawą kampanii Andrzeja Dudy, który z kolei do pierwszej ligi polityki awansował z jeszcze bardziej odległych pozycji.

Strategia oparta na schowaniu „w szafie” głównych rozgrywających w PiS i wystawieniu do walki nowych twarzy przyniosła doskonałe rezultaty w kampanii, cierpliwość Jarosława Kaczyńskiego opłaciła mu się z nawiązką.

W efekcie bardziej wytrawni obserwatorzy polityki spierali się wiosną 2015 roku o to, czy rzeczywiście prezes PiS pozwoli Beacie Szydło zasiąść w fotelu premiera, czy jednak obejmie ster rządu osobiście. Jesienią raczej o to, czy Jarosław Kaczyński umieści w składzie jej rządu twardogłowych polityków swej partii czy jednak zwycięży styl „nowego PiS” wypracowany na potrzeby kampanii i strategia „szafy”.

Polityczna i dziennikarska Warszawa toczyła te spory, a tymczasem w mniejszych i średnich miastach w całej Polsce wyborcy słuchali wystąpień kandydatki PiS na premiera. Słuchali o 500 zł na dziecko, słuchali o płacy minimalnej i kwocie wolnej od podatku, o sześciolatkach i gimnazjach. A PiS zbliżał się coraz bardziej do zwycięstwa. Nie sposób odpowiedzieć dziś na pytanie, jak wielu wyborców 25 października zeszłego roku głosowało na PiS o twarzy Beaty Szydło, a ilu na PiS o twarzy Antoniego Macierewicza. Z całą pewnością jednak bez pomocy tych pierwszych, ci drudzy nie mieliby okazji do świętowania zwycięstwa.

Kwestia realnej pozycji Beaty Szydło w PiS i dziś jest kwestią dość oczywistą. Jarosław Kaczyński przyjął model sprawowania władzy z tylnego siedzenia, premier i rząd są pod tym względem przedłużeniem jego woli i chyba nie ma w Polsce nawet dziecka, które wierzyłoby, że jest inaczej. Z kolei w składzie rządu Beaty Szydło znaleźli się ministrowie o bardzo mocnej pozycji w PiS (czy szerzej, w Zjednoczonej Prawicy), politycy o statusie bardziej autonomicznym niż sama premier. To nie jest komfortowa sytuacja.

Cała polityczna i komentatorska krytyka szefowej rządu, cała internetowa satyra i hejt do dziś kierują się właśnie w tę stronę. Premier ręcznie sterowana, premier marionetka, premier wykonująca polecenia Prezesa - to są leitmotivy retoryki przeciwników PiS, gdy mowa o Beacie Szydło. Nic w tym dziwnego, to raczej nieubłagany skutek modelu rządzenia z tylnego fotela.

Na tle tych oczywistości ciekawi jedno. Jarosław Kaczyński zdaje się cyklicznie odczuwać pewną potrzebę publicznego przypominania o swojej szczególnej roli w obozie władzy. W wywiadach chętnie recenzuje rząd i ministrów, czasem zaś jego otoczenie skwapliwie informuje dziennikarzy o „reprymendach” i „napomnieniach”, które od prezesa PiS miała otrzymać szefowa rządu. Zdaje się to uprawdopodobniać tezę, że Beata Szydło może nie czuć się dobrze w narzuconym jej przez szefa partii i jego zaufanych ciasnym gorsecie. I że - być może - próbuje jednak z tej wąskiej roli wychodzić, prowadzić momentami własną grę. To właśnie w takich momentach możemy słyszeć groźne pomruki z Nowogrodzkiej.
Dziś Rząd Beaty Szydło ma już za sobą nie tylko pierwsze sto dni i pierwsze półrocze, ale i rekonstrukcję, która odbyła się w dwóch szybko za sobą następujących etapach. W trakcie tej rekonstrukcji widać było wręcz gołym okiem, że właściwym rekonstruującym nie jest tu szefowa rządu, lecz prezes Prawa i Sprawiedliwości. Uderzające było to zwłaszcza w dniu odwołania ministra skarbu. Choć już od kilku dni było jasne, że dymisja Dawida Jackiewicza jest przesądzona i publicznie znane były jej powody (skala zjawiska „TKM” w spółkach państwowych), premier Szydło próbowała przedstawić ją wyłącznie jako od dawna zaplanowany ruch o charakterze bardziej administracyjnym niż politycznym, a już z pewnością nie działanie z zakresu zarządzania kryzysowego.

Jarosław Kaczyński w budowaniu takiego wrażenia Beacie Szydło nie pomógł. Przeciwnie - w serii wywiadów, których udzielił po zmianach w rządzie nie krył swojego sceptycznego.

W następnej sekwencji rekonstrukcji zobaczyliśmy natomiast odwołanie jednego z najbliższych Szydło ministrów - szefa resortu finansów Pawła Szałamachy i wywyższenie do rangi „superwicepremiera” Mateusza Morawieckiego, prawdopodobnie najpoważniejszego konkurenta samej premier wewnątrz rządu, wielokrotnie wymienianego przez media jako jej potencjalnego następcę. Jeśli spojrzymy na te ruchy ze sporego dystansu, możemy zobaczyć je jako manewry służące wbijaniu Beaty Szydło z powrotem w narzuconą rok temu rolę. Bo tak, w modelu przyjętym przez Jarosława Kaczyńskiego,

Dziś zwolennicy Prawa i Sprawiedliwości uważają tę hierarchiczną relację między prezesem PiS a szefową rządu za naturalny element politycznej strategii przyjętej przez Jarosława Kaczyńskiego. Wyrażają się o niej ciepło, szczególnych możliwości sprawczych jednak jej nie przypisują. Dla przeciwników „Dobrej Zmiany” jest „marionetką” etc.

Działania wizerunkowe prowadzone przez otoczenie Beaty Szydło są w dużej mierze kontynuacją strategii przyjętej w kampanii wyborczej. Sztafaż stosowanych środków i kierunek tych działań zdradzają zresztą spore podobieństwa. Podczas publicznych wystąpień Beata Szydło stara się mówić w sposób władczy i zdecydowany, podkreśla, niekiedy chyba zbyt dobitnie, swą decyzyjność. W podobny też sposób przedstawiana jest szefowa rządu w życzliwych władzy mediach.

Beata Szydło ma wśród Polaków właściwie tyle samo zwolenników, co przeciwników. Według najnowszego badania CBOS (przeprowadzonego między 8 a 19 października) zadowolenie z niej jako szefowej rządu deklaruje 42 proc. respondentów. 41 proc. natomiast nie jest z Beaty Szydło zadowolonych. Polacy mają też częściej wyrobione zdanie na temat premier niż jej rządu - poparcie dla tego ostatniego deklarują 36 proc. badanych przez CBOS a za jego przeciwników uważają się 32 proc. Polaków. Nic w tym jednak dziwnego - oceny premiera są w badaniach opinii publicznej od lat z reguły bardziej wyraziste od tych dotyczących całości gabinetu.

Lepiej natomiast wypada Szydło w rankingach zaufania społecznego prowadzonych przez CBOS. Tu wskazań pozytywnych jest 50 proc., negatywnych 34 proc. (wrzesień.). Od sierpnia do września sytuacja Szydło zdążyła się jednak pod tym względem pogorszyć - o 5 proc. wzrosła liczba Polaków deklarujących brak zaufania do szefowej rządu, o 5. proc. spadła natomiast liczba tych, którzy jej ufają (to wciąż dane CBOS). Inaczej - i wyraźnie mniej korzystnie dla Szydło - wyglądają jednak te liczby w badaniu sondażowni IBRiS z początku października. Tutaj ufa jej 39 proc. badanych, natomiast nieufność deklaruje 30 proc.
Ze wszystkich tych badań płynie jeden zasadniczy wniosek. Beata Szydło podobnie jak inni politycy PiS antagonizuje opinię publiczną, ale w znacznie mniejszym stopniu niż niektórzy jej ministrowie, nie mówiąc już o partyjnym zwierzchniku Dla porównania: Jarosławowi Kaczyńskiemu nie ufa od 49 proc. (wrześniowy CBOS) do 51 proc. (październikowy IBRiS) Polaków, zaufanie do lidera PiS deklaruje natomiast od 25 proc (IBRiS) do 37 proc (CBOS). Z kolei po nieufności wobec szefa MON Antoniego Macierewicza przyznaje się od 50 proc. (CBOS) do 56 proc (IBRiS) Polaków. Ufa mu zaś jedynie od 22 proc.(IBRiS) do 29 proc. (CBOS) badanych. Na tym tle sytuacja Beaty Szydło wydaje się wręcz wygodna.

Przez pierwszy rok od wyborów rządowi Szydło udało się spełnić około 1/3 z ogólnej liczby zapowiedzi wyborczych. Szczególnie mocno szefowa rządu jest kojarzona z programem 500 Plus, który został wprowadzony szybko i - trzeba to przyznać - bardzo wyraźnie. Widać też bardzo wyraźnie, że w przyszłości Beata Szydło chciałaby być równie mocno kojarzona z programem Mieszkanie Plus , tu jednak - w przeciwieństwie do 500 Plus -rząd wciąż pozostaje na etapie wstępnych przymiarek do jego pilotażu. Udało się z płacą minimalną, jednak z obietnicą obniżenia kwoty wolnej już nie. Wyborcy PiS nie mogą się też doczekać obniżania wieku emerytalnego i reform w służbie zdrowia. Z ich punktu widzenia dotychczasowy bilans działań rządu jest jednak generalnie pozytywny.

Co więc w najbliższej perspektywie może stać się kłopotem Beaty Szydło? Jeśli chodzi o działania samego rządu, rysują się dwa zasadnicze niebezpieczeństwa, zadziwiająco mało jak na listę potencjalnych kłopotów całego obozu władzy.

Wielką polityczną niewiadomą pozostaje kolejna wielkoskalowa reforma zapowiedziana przez Prawo i Sprawiedliwość, czyli wprowadzenie tzw. podatku jednolitego. Informacje które płyną na ten temat z rządu bywają sprzeczne, raz słyszymy o zwiększeniu obciążeń „bogaczy” zarabiających 6 tys. Na rękę, innym razem o ustawieniu tego progu znacznie wyżej. Nie wiemy, jak te zmiany zostaną przyjęte przez ogół Polaków, wieloletnia tradycja kultu „niskich podatków” jako wartości samej w sobie, z pewnością nie sprzyja tu zamiarom rządu.

Bardzo palącym problemem Beaty Szydło i jej rządu jest w tej chwili bardzo pochopnie uruchomiony, słabo przygotowany plan likwidacji gimnazjów, który grozi rządowi i rządzącej partii bolesnymi konsekwencjami w przyszłości. Zapowiedziana przez szefową rządu i minister edukacji zmiana oznaczałaby oczywiście spełnienie kolejnej obietnicy wyborczej PiS - a utrzymywanie tempa w tym zakresie to główne zadanie szefowej rządu. Zarazem jednak - przede wszystkim z powodu trybu i tempa wprowadzania - reforma w wydaniu minister Anny Zalewskiej oznacza też edukacyjną - a w konsekwencji i polityczną - katastrofę. Próba zmiany całych etapów edukacji w ciągu kilku miesięcy (a tyle czasu realnie pozostało na przeprowadzenie całej operacji) skończy się chaosem, podstawami programowymi pisanymi na kolanie, podręcznikami pełnymi błędów i niekontrolowanym ruchem kadrowym nauczycieli. Z reorganizacją lokalnego systemu w tym ekspresowym tempie ogromny problem będą mieć także samorządy, którym z łatwością przyjdzie tylko wskazanie winnych całego bałaganu, czyli rządu i PiS. Pamiętajmy tu zaś, że wybory samorządowe w 2018 roku to najbliższa w tej chwili pozycja w kalendarzu wyborczym. Z kolei na wiosnę roku 2019 (kilka miesięcy przed wyborami parlamentarnymi) minister Anna Zalewska zaplanowała… kompletne szkolne pandemonium, czyli moment w którym o miejsca w pierwszej klasie liceum walczyłyby jednocześnie dwa roczniki uczniów (ci kończący już 8-klasową szkołę podstawową i ci kończący ostatnią 3 klasę likwidowanych już definitywnie gimnazjów) . Dlatego w PiS już teraz trwają intensywne poszukiwania jakiegoś wyjścia z tej pułapki, które pozwoliłoby zarazem tę reformę odroczyć i zracjonalizować, a przy tym nie oznaczałoby wywieszenia białej flagi.

Tyle o zagrożeniach w obszarze realnych działań samego rządu. Materiału na ewentualny horror mimo wszystko tu nie widać. Zupełnie inaczej rzecz ma się ze stricte polityczną działalnością niektórych ministrów Beaty Szydło - w tym szefa MON, szefa MSZ czy ministra sprawiedliwości, nie mówiąc już o Jarosławie Kaczyńskim czy parlamentarnej reprezentacji PiS. Przez polityków z tej grupy struna społecznej cierpliwości i odporności jest nieustannie szarpana. Pytanie tylko, czy oni wciąż grają w tej samej orkiestrze, w której marzyłaby się gra samej Beacie Szydło?

Szydło wciąż pozostaje twarzą „dobrej zmiany”, czyli prospołecznej wersji „nowego PiS” z czasów kampanii wyborczej - pamiętajmy, że „dobra zmiana” to był niejako hasło wyborcze samej Szydło jako kandydatki na premiera. Tymczasem PiS coraz wyraźniej zdaje sie mieć jednak wiele innych twarzy. Rzecz jasna tę Jarosława Kaczyńskiego, niekiedy jednak i Stanisława Piotrowicza, całkiem niedawno tę Bartłomieja Misiewicza, ostatnio zaś głównie tę Antoniego Macierewicza. „Dobra zmiana” z kampanijnych rynków średnich miejscowości i jej frontmenka coraz wyraźniej gdzieś się w tym wszystkim gubią.

Wideo

Materiał oryginalny: Rok rządów PiS. Czy Beata Szydło utrzyma to, co wygrała rok temu? - Polska Times

Komentarze 4

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

P
POPIS

Poczekamy jak dziura w budżecie będzie jak lej po bombie a UE zabierze swoje pieniądze. Zobaczymy ile obietnic zostanie spełnione. W 2017r. ustawowo miał być zmniejszony VAT ale nie zostanie bo spełniamy obietnice. Jak będziecie do marca płacić podatki to trzeba sobie uzmysłowić ,ze 500+ inne obiecanki są z waszych pieniędzy. W Europie tylko Węgry się na nas nie gniewają. Obraziliśmy już prawie wszystkich. Waszczykowski jest tak wspaniałym dyplomatą że co powie to zaraz jest afera. Pani Premier nie potrafi brać odpowiedzialności za swoich ministrów a jest ich przełożoną. Macierewicz za ostatnie występy to powinien bruk szlifować a nie być ministrem MON. To w jego ministerstwie za wasze bezpieczeństwo odpowiada gość po maturze. Analizy robi. Korupcja, kumoterstwo, brak kwalifikacji, kompetencji tak wygląda ten rząd. Po prostu te 30% zostało przekupione. Zapomniałem jeszcze o jednej osobie Prezydent - marionetka w rękach Jarka. Dużo obiecuje mało robi. Facet nie dorósł do funkcji. Przykre a miał być prezydentem wszystkich Polaków.

G
Gość

Ja, chodząca po dojrzałej i kapitalistycznej ziemi, mówię, iż owe nie prędko nastąpi, jeżli w ogóle się pojawi. I stąd, powstał krótki projekt obywatelski, mający właśnie poprowadzić PiS do reorganizacji podatków, do zmniejszenia fiskalizacji firm i pracowników.

1. Podstawowe założenia projektu:
-obecnego min. MinFin można by zgłosić na inną elitarną fuchę, tzn. jak ją mieć musi
-prof. Witolda Morawieckiego mianować na min. MinFin z zadaniem natychmiastowej rewolucji podatkowej
-prof. Roberta Gwiazdowskiego, prof. Krzysztofa Rybińskiego, na v-ce min. wraz z zadaniem konsultantów
-ex min. dr Pawła Szałamachę na bezpośredniego kontrolera tych trojga ministrów

2. Uzasadnienie założeń projektu:
Pominięcie przez PiS ww. idee, prawdopodobnie doprowadzi PiS do sfery wiele niższej od tej w jakiej jest obecnie. Ooo, odpowiedzialnym stanie się sam Prezes, bowiem uległ jakiejś niezrozumiałej metamorfozie i co z sugestywności jednej osoby.

A ponieważ już jutro weekend, więc do tematu stosowne mieszane przyśpiewki:
www.youtube.com/watch?v=GsVk_awAcIk
www.youtube.com/watch?v=o7xi4vfpJJY
www.youtube.com/watch?v=mpHsHtf70kM

G
Gość

CBOS: Rząd z dobrą oceną 45 proc. badanych

Gabinet Beaty Szydło popierają przede wszystkim osoby identyfikujące się z prawicą (67 proc.)

k
który dotrzymuje obietnic

Polacy to widzą i odczuwają poprawę. Zadna propaganda polskojęzycznych mediów tego nie zmieni.
Brawo premier Beata Szydło! Tak trzymać!

Dodaj ogłoszenie