Prezydenci stanów nadzwyczajnych, czyli dlaczego Donald Trump wcale nie był największym skandalistą w Białym Domu

Marcin Zasada
Marcin Zasada
Donald Trump wcale nie był najbardziej skandalizującym, nieobliczalnym prezydentem USA. W przeszłości Ameryka wybierała na ojca narodu półanalfabetę, seksoholika chwalącego się rozmiarem swojego przyrodzenia, członka Ku Klux Klanu, dwóch polityków, którzy widzieli UFO i takiego, który swojego psa nazwał imieniem Satan.

Tak, za prezydentem Trumpem ciągnęły się skandale obyczajowe, podatkowe i wiele innych, a gdy epidemia koronawirusa przybierała na sile w jego kraju, sugerował, że dobrym lekarstwem mogą być zastrzyki z wybielaczem. Nic wyjątkowego. W przeszłości Ameryka wybrała na prezydenta na przykład pospolitego awanturnika, hazardzistę i cudzołożnika.

Skąd osioł w Partii Demokratycznej?

Andrew Jackson (rządził w latach 1829-1837) nie potrafił poprawnie pisać i z trudem czytał. Gdy 1806 roku farmer Charles Dickinson nazwał Jacksona lubieżnikiem i oskarżył o ustawienie gonitwy koni, ten bez namysłu wyzwał go na pojedynek. Zabił Dickinsona strzałem w pachwinę. Sam oberwał w pierś – kula utkwiła tak blisko serca, że żaden lekarz nie podjął się jej wyciągnięcia. Nosił tę pamiątkę w swoim ciele do końca życia, uskarżając się z tego powodu na chroniczne bóle. Udokumentowanych pojedynków na pistolety z udziałem Jacksona jest pięć, choć byli i tacy, którzy twierdzili, że szalony Andrew stoczył ich co najmniej kilkadziesiąt.

John Quincy Adams, urzędujący prezydent i rywal Jacksona w wyścigu do Białego Domu w 1829 roku, nie mógł uwierzyć, kogo demokraci wystawili mu w wyborach. Gdy ludzie z zaplecza Adamsa, mnożyli kalumnie wobec kontrowersyjnego przeciwnika, charakteryzując go m.in. jako pijaczynę, mordercę, lubieżnika (zdarzało mu się na oficjalne bale zapraszać... prostytutki), łapówkarza, ateistę i chciwca, mylili się w dosadności epitetów tylko nieznacznie. Kiedy z kolei sam Quincy publicznie nazwał rywala osłem, ten z wizerunku osła, dla żartu, uczynił swój symbol. Później stał się on wizytówką całej Partii Demokratycznej.

Ostatni skandal Jacksona wydarzył się już na jego pogrzebie, gdy obecna na ceremonii prezydencka papuga przeklinała w klatce tak zaciekle, że trzeba było ją wynieść z kościoła. „Podczas mszy paskudna papuga bluźniła i bez przerwy ubliżała kolejnym gościom. Czegoś równie oburzającego nie doświadczyłem nigdy wcześniej, ani nigdy później w swoim życiu” – wspominał wielebny William Menefee Norment, który uczestniczył w ostatnim pożegnaniu Andrew Jacksona.

Jeszcze jedno: kto uważa Jacksona za swojego bohatera i ulubionego prezydenta USA? Donald Trump.

„Satan, do nogi”

Co ciekawe, John Quincy Adams (rządził w latach 1825-1829), ten sam, który krytykował Jacksona za jego maniery, też trzymał w Białym Domu całkiem osobliwego pupila. Słusznych rozmiarów aligator amerykański, prezent od Markiza de Lafayette, zamieszkiwał m.in. jedną z prezydenckich łazienek, wzbudzając paniczny strach niejednego gościa odwiedzającego rezydencję.

Sto lat później Adamsa pobił Herbert Hoover (1929-1933) – aligatory miał dwa, podarowane w prezencie. W lecie obie bestie chodziły wolno na terenie rezydencji. Pierwszej zimy Hooverowie skorzystali z pomysłu Quincy’ego Adamsa i umościli aligatorom w łazience. Jak informuje biografia Pierwszej Damy, Lou Hoover, nie było to najlepsze rozwiązanie i rok później zwierzęta zimowały już w Washington Zoo.

Skoro jesteśmy przy prezydenckich maskotkach, nie wypada pominąć Johna Adamsa (rządził w latach 1797-1801), ojca JQ Adamsa, którego psiak wabił się… Satan. Zaś Martin Van Buren (kadencja w latach 1837-1841) próbował udomowić dwa tygrysiątka, które sprezentował mu sułtan Omanu. Tygrysy dorastające u boku prezydenta stały się przedmiotem emocjonalnej politycznej debaty, w wyniku której deputowani przegłosowali, że Van Buren musi oddać je do zoo. Argumenty? Przeważył ten podkreślający, że tygrysiątka należą do całego narodu, a nie tylko prezydenta i każdy powinien mieć prawo zobaczyć je w ogrodzie zoologicznym.

Prezydent zapewnia protezę poniżej pasa

Harry S. Truman (rządził w latach 1945-1953) mawiał, że „jeśli prezydent chce mieć w Waszyngtonie przyjaciela, niech lepiej kupi sobie psa”. On sam przyjaciół dobierał sobie według specyficznego klucza – na przykład w połowie lat 20. XX wieku należał krótko do Ku-Klux Klanu. Do wstąpienia namówili go znajomi z Partii Demokratycznej, bo, z racji wpływów KKK na terenie Jackson County, gdzie Truman pracował jako sędzia, miało to pomóc mu w politycznej karierze. Późniejszy prezydent opłacił 10 dolarów wpisowego, ale według źródeł, szybko zerwał związki z rasistowską organizacją. „Był po prostu w gronie członków, nic więcej. W żaden sposób nie uczestniczył w działalności Klanu” – zeznawał po latach Spencer Salisbury, jeden z tych, którzy doradzili Trumanowi to osobliwe posunięcie.

U Trumana często czyny wyprzedzały namysł nad nimi i nie chodzi nam wcale o bomby nad Hiroszimą i Nagasaki. Chodzi o córkę prezydenta, Margaret Truman, która występowała jako śpiewaczka. 6 grudnia 1950 roku Washington Post tak skomentował jej koncert w stolicy: „Panna Truman nie potrafi śpiewać zbyt dobrze i niespecjalnie widać, by robiła postępy”. Każdy ojciec by się wściekł. Ale Harry Truman postanowił okazać swoją wściekłość, odpisując autorowi recenzji, Paulowi Hume’owi. „Właśnie przeczytałem twoją podłą i chałowatą recenzję koncertu Margaret. Wygląda na to, że jesteś sfrustrowanym starym ramolem, który chciałby coś osiągnąć, pisząc te bzdury na ostatnich stronach swojej gazetki. Mam nadzieję, że któregoś dnia cię spotkam. Po tym spotkaniu będziesz potrzebował nowego nosa, okładów na podbite oczy i protezy poniżej pasa”. Fala oczywistej krytyki, jaka wylała się na Trumana skłoniła go jedynie do oświadczenia: „Pisałem to jako kochający ojciec, nie jako prezydent”.

„Posuń się mała, to twój prezydent”

Jak głoszą legendy, od czasów Jacksona nie było w Białym Domu tak jurnego prezydenta jak Lyndon Johnson (rządził w latach 1963-1969). Jego biografowie podkreślają, że LJ nierzadko wpadał w irytację, gdy ktoś wspominał seksualne eskapady Johna Kennedy’ego. „„Więcej kobiet wlazło mi do łóżka przez przypadek, niż Kennedy świadomie poderwał””- twierdził. Johnson stworzył w Białym Domu swoisty harem – sypiał z sekretarkami, współpracownicami i sekretarkami współpracownic. W głośnej książce „Presidential Sex: Od Ojców Założycieli do Billa Clintona” znajdziemy wzmiankę o kobiecie, która gościła kiedyś na rancho Lyndona. W nocy obudziło ją światło latarki, którą trzymał nad nią gospodarz. „Posuń się. To twój prezydent” – powiedział głosem Johna Wayne’a.

Z jakiegoś powodu Johnson uważał swą męskość za największy z politycznych talentów, jakim obdarzyła go natura. Dziennikarz Marshall Frady wspominał, że korzystając z toalety w Kapitolu prezydent miał w zwyczaju odwracać się po wszystkim do kolegów, którzy stali przy pisuarach obok i, z tą częścią ciała w dłoni, którą nazywał „Jumbo”, mówił: „Czy kiedykolwiek widzieliście coś tak wielkiego?”. Z kolei podczas prywatnej rozmowy z innym dziennikarzem Johnsona tak zirytowały pytania o powody udziału USA w wojnie w Wietnamie, że – jak czytamy w biografii prezydenta („Gigant ze skazą”): „Lyndon rozpiął rozporek, zaczął potrząsać swoim członkiem, krzycząc: ‘Oto powód! Oto powód!’”.

Jak Reagan chciał się układać z kosmitami

W przeszłości Ameryka miała prezydenta, który nigdy nie gasił światła w Białym Domu. Benjamin Harrison (rządził w latach 1889-93) panicznie bał się elektryczności, nie dotykał niczego, co miało związek z prądem i to samo nakazywał swojej rodzinie. Miała też co najmniej dwóch prezydentów, którzy przeżyli bliskie spotkania trzeciego stopnia.

Ronald Reagan (dwie kadencje w latach 1981-1989) obserwował UFO podczas jednego z lotów Air Force One: „Spojrzałem przez okno i zobaczyłem jasne światło, które kręciło się dookoła. Zapytałem pilota, czy kiedykolwiek widział coś podobnego. Zszokowany, zaprzeczył”. W 1987 roku poruszył tę kwestię przed Zgromadzeniem Ogólnym ONZ: „Czasem myślę, jak szybko zniknęłyby różnice między nami, gdybyśmy znaleźli się w obliczu zagrożenia spoza tego świata”. Bardziej spektakularne są wielokrotne wyznania Jimmy’ego Cartera (1977-1981), który latający pojazd obcej cywilizacji ujrzał na własne oczy w 1969 roku, przed mową, którą miał wygłosić w stanie Georgia. „Obiekt leciał w naszym kierunku, po czym zatrzymał się i częściowo oddalił, a następnie zniknął. Zmieniał kolory: najpierw był niebieskawy, potem czerwony, aż w końcu biały” – wyjaśniał w wielu wywiadach, których udzielił na ten temat.

Co ciekawe, sprawą UFO Carter żył jeszcze w trakcie swojej prezydenckiej kampanii w 1976 roku. „Nigdy nie będę żartował z osób, które twierdziły, że widziały latające statki. Jeśli zostanę prezydentem, sprawię, że wszystkie informacje dotyczę UFO, jakie posiadają Stany Zjednoczone, zostaną udostępnione opinii publicznej i naukowcom” – obiecywał wyborcom. Oczywiście, słowa nie dotrzymał, choć trzeba przyznać, że ze swojego przeświadczenia o obserwacji obiektu obcej cywilizacji nigdy się nie wycofał.

Być może Donald Trump też nie powiedział jeszcze ostatniego słowa. A może Joe Biden ma jakąś ukrytą pasję. Taką na miarę amerykańskiej tradycji demokratycznej.

Drożyzna nad Bałtykiem. Lepiej wyjechać za granicę?

Wideo

Materiał oryginalny: Prezydenci stanów nadzwyczajnych, czyli dlaczego Donald Trump wcale nie był największym skandalistą w Białym Domu - Dziennik Zachodni

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie