Potocka: Nie chcę dorobić na Ciechowskim. Napisałam tę książkę dla córek, to dla nich wzruszające...

Anna J. DudekZaktualizowano 
- Czytałam pamiętniki i płakałam, mówiłam, że wysiadam, że nie dam rady tego napisać. Tonęłam we łzach. Gdyby Grzegorz żył, to pewnie do niego bym dzwoniła i jemu bym się wypłakiwała - mówi Małgorzata Potocka archiwum
Grzegorz Ciechowski, legenda polskiego rocka. Idol milionów. - Był pięknym człowiekiem. Intensywny, nosił w sobie ból, a jednocześnie miał dziecięcą ciekawość - mówi Małgorzata Potocka w rozmowie z Anną J. Dudek

Dlaczego napisała Pani "Obywatela i Małgorzatę"? Z potrzeby serca, żeby opowiedzieć swoją część historii?

Pisząc pamiętniki od 14. roku życia, zawsze myślałam, że prowadzę tak kolorowe życie - ciekawe spotkania, tyle krajów, nazwisk, niesamowitych ludzi, którzy przewinęli się przez moje życie - że kiedyś będę chciała o tym napisać. Ale nie byłam gotowa na tę książkę i nigdy nie myślałam, że to będzie akurat ten fragment życia. Tę część życia, która była niesamowita, wyjątkowa, zamknęłam, ponieważ miała trochę smutne zakończenie. Rok temu zgłosiło się do mnie wydawnictwo z zapytaniem, czy nie napisałabym książki o związku z Grzegorzem. W pierwszej chwili pomyślałam, że nie, że po co, że to woda na młyn plotkarskich pism, sytuacja, która będzie komentowana, opluwana... Ale moje córki przekonały mnie, że warto pisać, ponieważ jeśli ja nie napiszę, to nasze życie będzie istniało tylko w formie legend, opowieści znajomych... A tamta epoka też była wyjątkowa, epoka przepoczwarzania się naszego świata w innym świat. Ta epoka jest bohaterką tej książki, bo żyliśmy w niesamowitych czasach. A my te czasy i środowisko artystyczne znaliśmy od wewnątrz, tworzyliśmy je, graliśmy role w tym przedstawieniu. Do tych momentów chciałam wrócić, niezależnie od tego, jakie miały zakończenie. Każda sytuacja w życiu, nawet najszczęśliwsza i bez rys, ma jakieś zakończenie.

Trudno było?

Nie przypuszczałam, że będzie tak ciężko, kiedy zacznę jeszcze raz słuchać piosenek, oglądać koncerty, szukać kalendarzy, które trzeba było sprawdzić, żeby potwierdzić, kiedy to wszystko dokładnie było. Niesamowite jest to, że wydaje nam się, że wszystko pamiętamy, a czas niesamowicie zaciera kontury, do tego stopnia, że nie pamiętałam, w którym roku coś miało miejsce.

Coś Panią zaskoczyło podczas lektury pamiętników, kalendarzy?

Wydawało mi się, że nie byliśmy razem w Moskwie. Ta sytuacja, która była tak ważna, tak niezwykła, umknęła mi. Nagle otwieram te kalendarze, a tam są opisane wspólne dwa tygodnie w Moskwie, i kolacja, i spacery po Arbacie... Jak mogło mi to wylecieć z głowy? To było dla mnie duże zaskoczenie. Grzegorz w końcu do tej Moskwy pojechał, mimo że zawsze się wzbraniał, ale pojechał prywatnie, ze mną, poznać moją rodzinę, sprawdzić gdzie Bułkahow był, gdzie żył.

"Obywatel i Małgorzata"...

Właśnie. Gdzie Anuszka wylewała olej i co się działo. Dla mnie to był szok, jak mogłam zapomnieć o czymś takim? Druga sytuacja, która mnie zaskoczyła podczas lektury zapisków, dotyczyła Chicago - mnie się wydawało, że byliśmy tam dwa dni, a byliśmy tydzień. Dopiero przyjaciele, którzy wtedy tam z nami byli, przypomnieli mi o wspólnych kolacjach, wizytach w studio nagraniowym, spacerach... Chyba nie jest tak, że mam kompletną sklerozę, ale jest taka ilość wydarzeń w życiu, że jedne zasłaniają drugie.

Tą książką chciała Pani ocalić od zapomnienia te wydarzenia i Grzegorza?

Ludziom zawsze się wydaje, że nas znają. Nawet dzieci, które z nami mieszkają do dorosłości, uważają, że nas znają. O potem się okazuje, że nic nie wiemy o swoich rodzicach. Moje córki powiedziały, że cudnie, że napisałam tę książkę, która nota bene dla dzieci momentami jest dość krępująca...

Ale chyba Pani córki są dość wyzwolone, nie pruderyjne?

Weronika nie, ale Matylda ma pewien opór, powściągliwość. Oczywiście to światłe, współczesne dziewczyny, ale sądzę, że żeby nie wiem jak dzieci były wyzwolone, to seksualność rodziców i ich bardzo intymne historie zawsze je peszą. Dlatego momentami ta książka była dla nich trudna, ale obydwie powiedziały, że się cieszą, bo dowiedziały się, jak myśmy żyli. Obydwie były małe, więc wielu rzeczy zwyczajnie nie pamiętały.

Dowiedziały się też, jak Pani i Grzegorz Ciechowski się poznaliście.

Tak, powiedziały mi: Mamo, przecież my w ogóle o tym wszystkim nie wiedziałyśmy! Zawsze pytamy ludzi, nawet małżeństwa z czterdziestoletnim stażem, a jak się poznaliście? Te początki znajomości zawsze są fascynujące. Dla Matyldy i Weroniki to było wzruszające, dowiedzieć się o naszych początkach, o naszym życiu. Wtedy, kiedy były małe, ciągle miały do nas pretensje, że gdzieś wychodzimy, a my wychodziliśmy, bo był koncert, praca...

A nie miały trochę pretensji, zwłaszcza Matylda, bo przecież związek z Grzegorzem Ciechowskim był taki na zakładkę: i Pani, i on byliście w małżeństwach, kiedy się poznaliście.

Wydaje mi się, że to nie jest nietypowe. Niewielu jest takich ludzi, którzy rano kogoś poznali, a wieczorem wyszli z domu. Jeśli się wychodzi od kogoś, kto jest agresywny, jest alkoholikiem, pasożytem... OK. Wtedy zamykasz drzwi i wychodzisz. Ale ja prowadziłam szczęśliwe, fantastyczne życie i odchodziłam od fantastycznego męża. Może Józek nie był idealnym materiałem na męża, ale czy ja byłam idealnym materiałem na żonę?

Lili Brik powiedziała po śmierci Majakowskiego, że umarł poeta. Ale po śmierci Osipa, swego męża (żyli razem w trójkącie), powiedziała, że to był dzień, kiedy i ona umarła.

Myślałam o tym. Osip był fundamentem wszystkiego, co się działo, bez Osipa pewnie nie byłoby Majakowskiego, ona nie byłaby sobą, etc. Ja też miałam taką sytuację, że bez Józka nie byłabym tą osobą, którą byłam. To życie z Józkiem mnie ukształtowało. Zresztą to się w ogóle podobało Grzegorzowi, że ja byłam osobą, która się tym wszystkim zajmowała, i filmem, i fotografią, robiłam rzeczy, które wyniosłam z domu, od ojca. Mieliśmy artystyczny dom, galerię w domu, to wszystko było ciekawe, fascynujące. Grzegorza to fascynowało. Bardzo długo, myśląc o Grzegorzu, nie dopuszczałam myśli, że tamto z Józkiem może się w ogóle rozlecieć. Wydawało mi się, że to jest ta moja skała, która jest i będzie. Kiedy jednak myślimy, że ta druga osoba wytrzyma wszystko, to pojawia się pytanie: w imię czego ma wytrzymywać? Niby dlaczego ma na cokolwiek pozwalać? Dlaczego mamy prawo upokarzać drugą osobę? Nie mamy.

Pani była skałą Grzegorza, czy raczej on Pani?

Widać z tego, że skałą nie byłam, skoro z tego domu odszedł... Wydawało mi się, że tworzymy razem coś nierozerwalnego, żyjąc tym rockowym, szalonym życiem. Wiedziałam, że Grzegorz miał zawsze jakieś fascynacje kobietami, to wynikało z tej jego chłopięcości, beztroski...

On był narcyzem?

Trochę na pewno. Każdy artysta w pewnym sensie jest narcyzem.

Związek dwojga artystów, a więc po trosze dwojga narcyzów, musiał przypominać tornado.

Pewnie tak. Ja wtedy byłam skupiona na artystycznej stronie Grzegorza, jego wizerunku scenicznym; logistyką zajmował się jego menedżer Jurek Tolak, który wykonywał niesamowitą pracę. Wtedy wszystko załatwiało się dosłownie manualnie, nie było komórek, zlecania organizacji koncertów komuś innemu. To były ogromne przedsięwzięcia, na koncerty Republiki przychodziło po 14 tys. osób.

W książce jest taki fragment, w którym Grzegorz mówi do Pani po wystawie, która odbyła się w Gdyni, że wprawdzie na jego koncerty przychodzi kilkanaście tysięcy osób, a na Pani wystawę przyszło kilkadziesiąt, ale kiedy zobaczył Pani uradowaną twarz, powiedział, żeby Pani dalej to robiła, skora tak to Panią uszczęśliwia. Da się w tej scenie wyczuć sporą protekcjonalność - jego względem Pani twórczości.

Tak, on to bardzo jakoś tak pobłażliwie traktował. Ja zresztą dlatego uciekałam do Józka. Józek nigdy tego nie lekceważył, zawsze mi mówił, że jeśli na twój film czy wystawę przyjdzie pięć osób, to to jest wielkie szczęście. On mnie mobilizował, żebym szła do ciemni, do montażowni. Grzegorz tego nie robił.
Dlatego, że to on czuł się artystą w domu?

Tak. Po latach, kiedy zaczynam to wszystko analizować, zdaję sobie sprawę, że dla Grzegorza moje działania artystyczne nie miały znaczenia. To znaczy: miały znaczenie, jeżeli służyły jemu, że wymyślam mu zdjęcia, teledyski... Wtedy wiedział, że moja wiedza i umiejętności mu się przydają. Robił to bardzo delikatnie, nawet chyba bezwiednie. To nie była kalkulacja, nie robił tego ze złej woli. Ale kiedy widział, że do jakiejś galeryjki w Warszawie czy Gdyni przychodzi trzydzieści osób, to nie robiło to na nim wrażenia, bo on miał inne liczby w głowie.

Jak to się stało, że kobieta z artystycznego domu, fotograf, aktorka, reżyserka, producentka nagle poniekąd rezygnuje z siebie, z własnych ambicji artystycznych?

Sama zadaję sobie to pytanie. Zastanawiam się, czy on w ogóle widział moje filmy. Myślę, że nie. Może widział "Wszystko na sprzedaż", "Hubala", ale reszty chyba nie... Kiedy byliśmy razem, grałam w filmie "Cyrk odjeżdża", wtedy rzeczywiście codziennie odwoził mnie na plan, przywoził z niego...

I ratował przed tygrysem....

Tak. To było przerażające. On siedział z Matyldą w samochodzie, nagle usłyszeli przez interkom, że na Potocką rzucił się tygrys. Po tym zdaniu zalega cisza, nie pada następne zdanie, że tygrys odgryzł Potockiej głowę albo że podrapał, albo że jedzie karetka. Nic, cisza. Oni przez ten moment od informacji nic nie wiedzieli, kierowca cały się trząsł, wioząc ich na plan. Na ramieniu mam świetną bliznę. Dobrze, że nie twarz, bo aktorce twarz się jednak przydaje. Ale wracając do wątku mojej twórczości, to faktycznie, on się entuzjazmował tym, kiedy to służyło jemu, natomiast kiedy ja schodziłam do ciemni, to nie mówił: "tracisz czas", ale nie było to dla niego ważne, mówił na przykład: "zrób to jutro".

Może być tak, że w jednym domu jest dwoje artystów i oni są wobec siebie równorzędni, czy zawsze czyjeś ego zajmuje więcej miejsca?

Kobiety z racji swojego przeznaczenia w życiu, domu, dzieci, pragmatyzmu są bardziej przewidujące, praktyczniejsze, mądrzejsze... (śmiech) U nas było coś takiego, że mnie się wydawało, że ten człowiek mnie potrzebuje. Psia kość, nie pomyślałam wtedy, że przecież to ja potrzebuję opieki męskiej, w mojej karierze, dokonaniach... To nie jest łatwy świat. Ja zrezygnowałam z pracy codziennej w teatrze dlatego, że był Grzegorz, że mieliśmy taki dom, w którym był jeszcze jeden artysta, który wymagał atencji.

Artystyczna matka Polka.

Wszystkie trochę jesteśmy matki Polki. Artystki i wszystkie inne.

Zdarzyło się Pani później jeszcze zakochać?

Nie.

Bo to niemożliwe? Jest ileś miłości w życiu, czy ta jedna jedyna?

Cóż, patrząc na Elizabeth Taylor i jej kilku mężów... Pytanie, jak ich kochała?

Burtona chyba kochała mocno, szukała go w innych mężczyznach.

Z pewnością, kiedy się przeżyje takie dwa wielkie związki i taki kawał życia, to czeka się na coś równie mocnego. Ale nie wiem, co musiałoby się zdarzyć, żebym obudziła w sobie takie oddanie. Na pewno trudno jest spotkać, w moim wieku, kogoś, kto jest gotowy i ma w sobie otwartość. Życie nas uczy tego, żeby nie robić rzeczy byle jak. Pewnie mogłabym być w jakichś związkach, ale nie chcę bylejakości, nie chcę półśrodków. Nie chcę kompromisów, one mi się zdarzały po związku z Grzegorzem, ale nigdy nie były całością. Żeby z kimś żyć, mieszkać, trzeba być oddanym człowiekiem, to nie jest prosta sprawa. Łatwiej jest, kiedy jest się młodym. Wtedy ludzie razem dorastają, razem dziwaczeją. Razem robią kariery, razem siwieją, więc te sytuacje są niezauważalne. Może dlatego osłabia nam się wzrok, żeby ciągle widzieć tego partnera pięknego i młodego, ale ta droga jest wspólnie pokonywana, bo razem przygotowujemy się do zmian. Kiedy się wchodzi w dojrzałą, ukształtowaną osobę, dużo czasu zajmuje poznanie jego dziwactwa, humorów, przeżyć. Trzeba się z tym uporać, razem unieść bagaż, który każdy niesie. To nie jest prosta sprawa.

Decyzja o napisaniu razem z Krystyną Pytlakowską tej książki była odważna. Opinie są różne. Polski internauta to wredny internauta, czytała Pani opinie w internecie?

Myślę, że w ogóle internauci lubią się wyżywać. Ale opinii nie czytałam. Weronika przysłała mi jeden komentarz z internetu: "Potocka chce się dorobić na Ciechowskim". - Świetna reklama książki - powiedziała moja córka. (śmiech) Poza tym, że to wierutna bzdura, bo abstrahując od książki, ja się nigdy na Ciechowskim nie dorabiałam. Nigdy nie miałam żadnych tantiem z rzeczy, które zrobiłam, teledysków. Kiedy robisz dla ukochanego człowieka teledysk albo organizujesz koncert to co, podpiszesz z nim umowę? Wszystko to zostawiłam.

Było w Pani trochę przekory, chciała Pani zasiać ferment? Bo jeśli tak, to się udało.

Może się udało, ale gdyby to było zamierzone, to ta książka by mi nie wyszła. Jak zaczynasz robić film i myślisz, że teraz dostanę nagrodę i wszystkim pójdzie w pięty, to wiadomo, że ten film będzie klapą. Ja byłam tak przejęta tą książką...

Płakała Pani?

Ryczałam, jak czytałam te pamiętniki, dzwoniłam do Weroniki do Nowego Jorku i mówiłam, że wysiadam, że nie dam rady tego napisać. Tonęłam we łzach. Gdyby Grzegorz żył, to pewnie do niego bym dzwoniła i jemu bym się wypłakiwała. Ale gdyby żył, nie byłoby tej bezsilności. Bezsilność jest najbardziej druzgocąca, nie można niczego wyjaśnić, z niczym się rozprawić. Jak się ludzie rozstają, to są na siebie wściekli, że nie mają argumentów, nie są na etapie, żeby sobie coś wytłumaczyć. Natomiast jak mija lat 10, to można sobie coś wytłumaczyć, co się stało, dlaczego się stało. Że ja się zagapiłem, a ja nie chciałam cię słuchać. Pisząc tę książkę, nie miałam możliwości konfrontacji, mogłam się oprzeć tylko na tym, co pamiętam i zapisałam lata temu. Natomiast nie myślałam o tym, że komuś tą książką dołożę. Chciałam, żeby to była książka o tym, jak żyliśmy, i chciałam, żeby moje córki się o o tym dowiedziały.

Ale to nie miał być spiżowy pomnik Ciechowskiego?

Nie! Nie ma sensu czegoś takiego robić.

Myślała Pani o tym, jak na książkę zareaguje Ania, ta druga kobieta?

Nie, bo myślę, że wtedy nie oparłabym się pokusie wtrącania jakichś złośliwości...
A nie miała Pani ochoty?

Miałam ochotę, ale postanowiłam sobie, że nie. Gdybym napisała tę książkę z pretensją, żalem, pewnie za dziesięć lat bym się jej wstydziła i żałowała napisania jej. Poza tym chodzi o moje dzieci, taki poziom, niski poziom, odebrałby im czystość myślenia o rodzicach. Dlatego nie chciałam wpaść w tego rodzaju historię, dlatego uważałam, żeby mnie nie poniosło.

Nie miała Pani ochoty...?

...wszystkich pozabijać? (śmiech) Agresję raczej skierowałam na siebie. Miałam bardzo autodestrukcyjne zachowania. Tak reaguję w trudnych momentach w życiu, po rozstaniu z Grzegorzem, wtedy, kiedy umarł mój tata. To nie jest zdrowe.

Tęskni Pani za Grzegorzem?

Bardzo. Bardzo tęsknię za Grzegorzem. Nawet gdyby był tam... Weronika dorastała, nie miała męskiego wzorca, ojca, który daje pewność siebie. W końcu prozaiczne sprawy jak to, że nie miała na studia, na mieszkanie... To wszystko musiałam zrobić ja. Nie chodzi o to, że mogłabym do niego zadzwonić i powiedzieć, żeby to on opłacił czesne, ale córka bez ojca to jest katastrofa. Jej niesamowita tęsknota. Kiedy matka patrzy na to, jak dziecko tęskni za ojcem. My zasłużyliśmy na karę, bo myśmy sobie to sami zrobili. Ale ona nie. Chciałabym, żeby był, chciałabym widzieć, jak pracuje, jakie rzeczy robi. Chciałabym, żeby Weronika mogła chodzić na jego koncerty. Myślę, że w tej chwili żadnego napięcia by nie było, pewnie bywałby w tym domu, bo czas powoduje niesamowite wybaczenie.

Wybaczyła mu Pani?

Musiałam, bo szczezłabym i sama siebie bym zniszczyła. To była nieziemska praca, przez wiele lat, żeby zacząć inaczej o tym wszystkim myśleć. Żeby nie czuć się jedyną pokrzywdzoną, żeby znaleźć w sobie całą masę wad i winy i równomiernie to rozłożyć, bo to też była jakaś moja zasługa. To była długa droga.

Był taki moment, że Pani go nienawidziła?

Kiedy się rozstaliśmy, był taki moment. Może nie nienawidziłam jego, ale nienawidziłam świata, tej sytuacji. Chciałam, żeby wrócił i się opamiętał. Chciałam wstać pewnego dnia i żeby tego po prostu nie było. Gdybym go nienawidziła, tej tęsknoty by nie było.

W książce pojawia się wątek kokainy.

To Grzegorz o tym napisał, nie ja, w liście, który od niego dostałam. Ja nie chciałam o tym pisać.

Bo chciała go Pani wybielić?

Nie. Sądziłam po prostu, że to nic nie wnosi, a dużo ujmuje. To może ciekawe, ale książki nie zmienia.
Trochę chyba zmienia, bo przecież powiedział Pani, że to kokaina była w pewnym sensie winna waszemu rozstaniu.
Powiedział mi, że w pewnym momencie zatracił kontrolę. Napisał do mnie list, że tak się stało, że życie mu się wymknęło z rąk, bo kokaina odebrała mu odpowiedzialność i trzeźwe myślenie. Ale ja z kolei wiem, że on nie był żadnym kokainistą, nie był narkomanem, który nagle przestał myśleć. Wydaje mi się, że to był kolejny z argumentów, żeby usprawiedliwić to, co się stało. Ale ja uważam, że to nieprawda. Nigdy go nawet nie widziałam na rauszu, chociaż od whisky nie stronił.

Kto w tym związku był bardziej mroczny, depresyjny?

Grzegorz.

Czyli Pani jednak była skałą.

Na pewno byłam ogniem tego domu. On miał wygodne życie, niczego nie musiał się bać.

Bo Pani otoczyła go bezpiecznym kordonem?

Bo byłam ja. Tak zawsze w domu jest, że wbrew pozorom ja też niczego się nie bałam, bo był on. Ludzie czerpią od siebie poczucie bezpieczeństwa.

Jaki był Grzegorz Ciechowski na co dzień?

Grzegorz był bardzo pięknym człowiekiem. Miło było na niego patrzeć. Pięknie chodził. Moi znajomi się śmieją, że kiedy poznaję jakiegoś mężczyznę, którego przedstawiają mi jako interesującego, pierwsze, na co zwracam uwagę, to jego chód. Kurczę, jak on brzydko chodzi, myślę sobie. (śmiech) A musi chodzić jak John Wayne w "Bonanzie"! Tak chodził Grzegorz. Miał ogromne poczucie humoru. Mrożkowe, jednozdaniowe. Często mówiliśmy do siebie cytatami z książek, piosenek. Byłam w szoku, jak się dowiedziałam, że Grzegorz nie czytał "Dr. Dolittle" i "Asterixa". On czytał bajki Matyldzie, pisał dla niej bajkę o króliku, a ja mu w łóżku czytałam te wszystkie książki na głos. Uwielbiał to, pędził do łóżka... W naszej sypialni leżały też wszystkie tomy Mikołajka.

Był trochę dzieciakiem?

Nie, ale miał w sobie dziecięcą ciekawość. To, że był taki intensywny, nosił w sobie ból, co widać w jego poezji, muzyce, sprawiało, że później szukał ulgi w takim Mikołajku. On sam był takim Mikołajkiem, uwielbiał to. Uwielbiał śniadania. Nie wstawał rano, długo się zwlekał, długo się kąpał, zawsze przy śniadaniu miał mokre włosy, które ociekały wodą. Później miał kompletnie mokre spodnie i musiał je zmieniać, ale to mu kompletnie nie przeszkadzało. Kochał długie spacery z psami, Bobem i Lolą. Uwielbiał, jak gotuję. Miał pretensję, że nie prasuję, bo tego nie cierpiałam. Mieliśmy wielki kominek - a wtedy nie było stacji benzynowych, gdzie można było kupić gotowe drewno - więc sam rąbał kupione gdzieś drewno. Uwielbiałam na to patrzeć, taki był dla mnie... drwal. Miał piękne ciało, stał tylko w spodniach i rąbał to drewno. Umiał palić w kominku. Doprowadzało mnie do szału, że nigdy nie zakręcał pasty do zębów i nie zbierał talerzy po śniadaniu. Ale na drobiazgi nie zawracaliśmy uwagi. Zawsze się potykaliśmy o plecaki dziewczynek, które leżały dokładnie w progu, ale nam to nie przeszkadzało. To pierdoły, o które ludzie potrafią się zabijać. Jego największą zaletą było to, że nie marnował duszy na rzeczy małe.

"Obywatel i Małgorzata",
M. Potocka i K. Pytlakowska, wyd. Czerwone i Czarne

polecane: Flesz - e-papieros zagraża zdrowiu

Wideo

Materiał oryginalny: Potocka: Nie chcę dorobić na Ciechowskim. Napisałam tę książkę dla córek, to dla nich wzruszające... - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie