Pan Jan, lat 88 i 81-letnia pani Urszula pobrali się w sobotę po 17 latach narzeczeństwa. Ślubu udzieliła im Hanna Zdanowska.

Liliana Bogusiak-Jóźwiak
Było przyjęcie dla 20 osób, tort i szampan. - Cieszę się, że wreszcie, po tylu latach jesteśmy naprawdę razem - mówi pani Urszula, od soboty Świątek. - Człowiek nie jest stworzony do samotności. Musi mieć kogoś, do kogo może się odezwać, porozmawiać. Pan Jan, jak to mężczyzna, podkreśla praktyczną stronę tej życiowej zmiany. - Do tej pory, jadąc do sanatorium w ramach NFZ, nie mogliśmy w tym samym czasie pojechać do tego samego ośrodka, bo dla funduszu byliśmy dwojgiem obcych sobie ludzi - opowiada. - Teraz się to zmieni. A w ośrodku w końcu będziemy mogli zamieszkać w jednym pokoju. Sprawy urzędowe też łatwiej się załatwia, gdy jest się mężem i żoną, a nie parą żyjącą na kocią łapę.

Świeżo poślubieni małżonkowie znają się od ponad 40 lat. Nieżyjący, pierwszy mąż pani Urszuli był przyjacielem pana Jana. Razem terminowali w zawodzie szewca. Gdy założyli rodziny, a później zostali rzemieślnikami, to w gronie przyjaciół spotykali się na sylwestrowych balach, przyjęciach i imieninach. Pani Urszula z sympatią wspomina żonę pana Jana. Z bliska obserwowała, jak dorastały jego dzieci, a potem wnuki.

- Żona miała zaledwie 40 lat, gdy odeszła - wspomina pan Jan. - Synowie też zmarli młodo, jeden mając tyle lat co jego mama, a drugi o 5 więcej.

Gdy po ciężkiej chorobie zmarł mąż pani Urszuli, to z rodziny została jej tylko mieszkająca poza Łodzią cioteczna siostra.

- Po śmierci naszych małżonków widywaliśmy się u wspólnych przyjaciół - wspomina pani Urszula. - Kilka lat później zostaliśmy parą. Czasami znajomi żartowali, że czas najwyższy abyśmy się pobrali. I w końcu tak się stało. Dla mnie ważne jest to, że znam Jana od wielu lat i wiem, jakim jest człowiekiem. Z obcym bym się nie związała.

Pan Jan śmieje się, że pani jego serca dobrze wybrała. On, choć przez 60 lat szył i reperował buty, to określenie „pijany jak szewc” w jego przypadku jest nietrafionym porównaniem.

- W zakładzie, który prowadziłem, pracownicy często się zmieniali, bo za kołnierz nie wylewali - wspomina. - Tylko jeden z nich, nazywał się Antonii, jeśli dał słowo, że wróci za godzinę, to wracał. Pozostali wychodzili na chwilę i przepici wracali po tygodniu.

Pani Urszula żartuje, że choć obaj mężowie byli rzemieślnikami, to butów szyć jej nie musieli, bo przez wiele lat była... kierowniczką sklepu z butami przy ul. Nowomiejskiej 11.

Małżonkowie pomimo dojrzałego wieku cieszą się dobrym zdrowiem. Dużo spacerują, chodzą na spotkania seniorów i codziennie czytają gazety. Co najmniej raz w roku wyjeżdżają do sanatorium i nad morze. Pan Jan, który służbę wojskową odbył w marynarce wojennej, będąc nad Bałtykiem bez względu na pogodę musi popływać w morzu.

- W tym roku w lipcu pojechaliśmy do Sarbinowa, ale pogoda nie dopisała - wspomina pan Jan. - Taka niedogodność to jednak za mało, aby powstrzymać mnie przed kąpielą. Gdy wychodziłem z wody, jakiś młody człowiek, patrząc na mnie ze zdumieniem w oczach, spytał: Czy panu nie jest zimno? Za ciepło nie jest - odpowiedziałem.

Wspominają, że tegoroczne wczasy będą jeszcze długo pamiętać. Do Łodzi wracali autokarem, którym, jak się później okazało, jechała osoba zakażona koronawirusem. Kilka dni po powrocie do domu do ich drzwi zapukał sanepid. Na szczęście zakażenia uniknęli, ale po takich przeżyciach podróż poślubna musi poczekać do spokojniejszych czasów.

Pocovidowa łysina

Wideo

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie