Niełatwe życie kanara. Gapowicze reagują agresją, oferują randki, a niektórzy się chowają

Jakub Szczepański
Tomasz Hołod/Polskapresse
Praca w tej branży to ciężki kawałek chleba. Wrzaski, płacz, błagania, bezczelność i agresja są codziennością dla kontrolerów biletów. A na dodatek są bardzo znienawidzeni.

Pasażerowie jeżdżący na gapę prześcigają się w pomysłach, jak wystrychnąć ich na dudka. Ale ci ludzie z niejednego pieca chleb jedli. Ich po prostu nie da się oszukać. Regulamin przewoźnika mają w małym paluszku, a miejska rzeczywistość to ich drugie imię. ,,Kanary", przez niektórych nazywani pieszczotliwie "canarinhos", nie ustępują pola. A na pewno nie w warszawskim ZTM.

Tylko jak właściwie wygląda praca kontrolera biletów? Ilu z nich jeździ po Warszawie? Czym właściwie jest ta robota? Żeby odpowiedzieć na te i wiele innych pytań, nie wystarczy zwykła rozmowa. Dla zrozumienia profesji kontrolera trzeba choć na chwilę znaleźć się w jego skórze. Przejechać pół miasta, wysłuchać tłumaczeń i reakcji ludzi. - Ta praca gwarantuje ci, że każdy dzień jest wyjątkowy. Poznajesz pasażerów od podszewki. To zadziwiające, jak niektórzy reagują w stresowych sytuacjach - opowiada Michał, kontroler ZTM. - Podobno nie ocenia się książki po okładce. A kontroler, za każdym razem, musi wyczuć sytuację, inaczej wszystko może się źle skończyć - dorzuca.

Warszawa, Żelazna 61. Na zegarze niedawno wybiła dwunasta. Wchodzę do budynku Zarządu Transportu Miejskiego. Mijam rzędy barierek i czytników doskonale znanych w warszawskich korporacjach. Jestem umówiony z ekipą starych wyjadaczy - kontrolerów, rzecz jasna. Grupa, z którą będę współpracował, liczy trzech facetów. Wszyscy są wysocy i już na pierwszy rzut oka widać, że żaden nie da sobie w kaszę dmuchać. Najbardziej doświadczony przepracował 30 lat, najmłodszy sześć. Nie straszne im siarczysty mróz, żar lejący się z nieba ani wścibskie media.

Początek każdego dnia zaczyna się w pokoju odpraw, ale grafik jest ustalany z miesięcznym wyprzedzeniem. Jedni pracują osiem godzin, inni dwanaście. To kwestia osobistych preferencji. Przed każdym wyjazdem "canarinhos" pobierają czytniki kart, sprawdzają też rejon, do którego zostali przydzieleni. Nam przypada akurat Śródmieście. Zanim wyjdziemy, szef zmiany sprawdza, czy kontrolerzy są dobrze ubrani, a po weryfikacji swoich pracowników pozwala nam wyruszyć. Warto dodać, że każdy zawodowy kontroler doskonale wie, z kim będzie pracował danego dnia. To bardzo ważne, bo w tej pracy trzeba polegać na swoich partnerach. W końcu wszystko może się zdarzyć.

Pierwszy kurs zaczynamy od jednego z autobusów jeżdżących przy Mennicy Narodowej. Kontrolerzy od razu ujawniają gapowiczów. Zresztą, z biegiem czasu i dalszą podróżą w kierunku centrum, będzie ich coraz więcej. Nieważne, czy jedziemy tramwajem, czy też autobusem. W Warszawie zawsze znajdzie się ktoś, kto liczy na łut szczęścia i akurat dzisiaj będzie miał pecha. Za każdym razem, kiedy wsiadamy do nowego środka komunikacji, znajdują się jednostki, które przewiercają nas wzrokiem. - Poznałam was po kurtkach - powie do mnie kilka godzin później jedna z kontrolowanych. W zasadzie niczym szczególnym nie wyróżniamy się z tłumu, ale są tacy, którzy wybiegają z tramwaju jak oparzeni. - 30 lat w branży robi swoje - śmieje się jeden z moich towarzyszy.
Tyle że nie wszyscy są aż tak ostrożni. Nawet kiedy chłopaki wyciągają swoje legitymacje i czytniki. Nie mija nawet pół godziny pracy, a już pojawia się pierwszy numerant. Odkąd wsiedliśmy do autobusu przy Dworcu Centralnym, przejechaliśmy już kilka przystanków. Pasażerowie doskonale wiedzą, że kontrolerzy ruszyli do akcji. W pewnym momencie naszą uwagę zwraca pan, który przez kilka sekund mocuje się ze swoim telefonem. - Aplikacja nie chce się zalogować i dlatego nie mogę kupić biletu - tłumaczy podenerwowany. Mężczyzna miał na to czas, odkąd wsiadł do autobusu, więc nie ma wyjścia. Trzeba wypisać kolejny kwit. - Pójdę na skargę! - odgraża się, podpisując wezwanie do zapłaty.

Czas płynie. Tym razem kierujemy się w stronę Mostu Poniatowskiego. W jednej z linii tramwajowych trafiamy na Azjatkę. Razem z nią i trójką innych gapowiczów wysiadamy przy Muzeum Narodowym. Czasowy bilet kobiety jest przeterminowany grubo od ponad godziny. Dziewczyna dyskutuje, raz łamaną angielszczyzną, innym razem po rosyjsku. Kiedy wychodzi na jaw, że jestem dziennikarzem i pochodzę ze wschodniej Polski mówi bezpośrednio do mnie: -- Niech mi pan pomoże, nie mam pieniędzy - szlocha, a jej oczy czerwienieją i stają się wilgotne. Na widok kobiecych łez mięknie mi serce, ale z kamienną miną tłumaczę jej, że nic się nie da zrobić. Mieszkanka Uzbekistanu po prostu nie chce zapłacić. Twierdzi, że jeszcze dziś wraca do swojego kraju, ale z jej wyjaśnień niewiele wynika. Kontrolerzy z anielską cierpliwością pouczają ją, że jeżeli zapłaci tego samego dnia, przysługuje jej 40 proc. zniżki. Za pokwitowaniem, oczywiście. W końcu kobieta się zgadza. Ma przywieźć pieniądze za dwie godziny. Z czasem okaże się, że dotrzyma słowa.

- Widzisz, Władek, wyczuła, że jesteś najsłabszy z nas i próbowała u ciebie - mówi po tym incydencie jeden z kontrolerów. Patrzę na niego z lekką konsternacją. - Jako żurnalista chyba zdążyłeś już zauważyć, że wszyscy posługujemy się tym imieniem? - pyta. Taka nomenklatura ogromnie ułatwia pracę. Z jednej strony imię jest pospolite, z drugiej łatwo się do niego przyzwyczaić i błyskawicznie zareagować. A w tej pracy to niezbędne. Cały czas trzeba obserwować partnerów i trzymać rękę na pulsie. Miałem okazję się o tym przekonać, kiedy wracaliśmy z Pragi, całkiem niedaleko Stadionu Narodowego.

Wysiadamy z kolejnymi gapowiczami. Najmłodszy Władek ma pod ręką aż czwórkę. Nawet nie zdążyłem się zorientować. - Jest ucieczka, przypilnujcie Władka! - alarmuje weteran branży. Ale nasz kumpel doskonale sobie radzi. Kiedy w szybkim tempie przechodzimy kilka kroków, miny krnąbrnych pasażerów rzedną. Chłopak ubrany w dresową bluzę z kapturem ględzi coś o świętach i litości, ale w końcu się uspokaja. O szarpaninie nie ma mowy. Przyjmuje wezwanie, po czym pyskuje na odchodne: - I tak nie zapłacę! - słychać kilkadziesiąt metrów od nas. Władki rzucają mu jedynie pobłażliwe spojrzenia. - Na własne oczy widziałem, jak jeden z naszych klientów podarł papier i go zjadł. Dziwnym trafem zadłużenie spłacono już kolejnego dnia - mówi z rozbawieniem jeden z kontrolerów. Tłumaczenia gapowiczów są zarówno śmieszne, jak i straszne. Niektórzy twierdzą, że zapomnieli biletów, inni reagują agresją, kobiety oferują randki, a niektórzy gapowicze udają obrażonych na cały świat i do ostatniej chwili udają, że nie widzą kontrolerów. - Całkiem niedawno oberwałem prawym prostym od dziewczyny mierzącej metr pięćdziesiąt w kapeluszu - śmieje się Władek. - A temu wskoczyła na plecy - dorzuca wskazując jednego ze swoich kumpli. To i tak jeden z lżejszych przypadków. Zdarzają się i tacy, co potrafią wygryźć człowiekowi kawałek palca. Ale twardziele z tej branży niewiele mówią o takich sytuacjach. Ot, zwykła codzienność. Nigdy nie wiadomo, czego się spodziewać, ale ta profesja nie jest przecież usłana różami. Czasem bywa tak gorąco, że trzeba się zwrócić o pomoc do policji. Nie ominęło nas to również na mojej "zmianie".

Plac Zawiszy, zaczyna się ściemniać. Jeździmy już od kilku godzin. Tym razem trafiamy na parę obcokrajowców z Iranu. Nie mają dokumentów, ale twierdzą, że są studentami Erasmus. Mężczyzna już dawno skończył 26 lat, więc nie przysługuje mu bilet ulgowy, z którym podróżuje, a kobieta jedzie na gapę. Na pierwszy rzut oka widać, że facet - dla świętego spokoju - chce zapłacić na miejscu. Ale jego partnerka nie daje za wygraną. W portfelu ma już jedno wezwanie z ZTM, jednak nieustępliwie twierdzi, że przysługują jej darmowe przejazdy. Nie możemy jednak wypisać wezwania, bo obcokrajowcy nie mają żadnych dokumentów. Nie pozostaje nic innego, jak wezwać mundurowych. Rozwrzeszczana kobieta wdaje się w dyskusję z policjantami. Żadne tłumaczenia nie pomagają, jedziemy na komendę przy Opaczewskiej.

Najstarsze Władki wracają do Śródmieścia. Ja, razem z ich najmłodszym towarzyszem, ruszam za radiowozem z funkcjonariuszami i gapowiczami. Jeśli jesteś kontrolerem, to lepiej nie poruszać się w pojedynkę w godzinach pracy. Zawsze może trafić się ktoś, kto zechce się zemścić. W takich sytuacjach obrywasz po głowie i nawet nie wiesz od kogo. W każdym razie nasza podróż przebiega bez utrudnień. Kiedy wchodzimy na komisariat, gapowicze czekają na miejscu. Nie mija nawet kwadrans, a policjanci znają ich dane. W końcu para daje za wygraną i płaci Władkowi.

- Mam nadzieję, że dobrze wydacie nasze pieniądze! - rzuca uszczypliwie dziewczyna. Patrzymy z Władkiem po sobie. W oczach zrezygnowanie. Cała sprawa zajęła nam pół godziny, a przecież okazało się, że policja wcale nie była potrzebna. Mogli po prostu zapłacić. Nie pozostaje nic, jak ruszyć z powrotem na przystanek przy Grójeckiej.

Wideo

Materiał oryginalny: Niełatwe życie kanara. Gapowicze reagują agresją, oferują randki, a niektórzy się chowają - Polska Times

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie