Nasza Loteria SR - pasek na kartach artykułów

Legia ogłosiła nazwisko nowego trenera. "Życie pisze najlepsze scenariusze"

Zbigniew Czyż
Zbigniew Czyż
Szymon Starnawski / Polska Press
Czwartego lutego został tymczasowo pierwszym trenerem Legii. Po pięciu spotkaniach, w trakcie których przypieczętował z Legią awans do ćwierćfinału FIBA Europe Cup, a także - zaskakując całą koszykarską Polskę - wywalczył z naszym klubem drugi w historii Puchar Polski, otrzymał propozycję dalszej pracy jako pierwszy trener Legii. Marek Popiołek, bo o nim mowa, cieszy się z wywalczonego w Sosnowcu trofeum, ale również zdaje sobie sprawę, że to dopiero początek drogi, jaka czeka zespół w tym sezonie.

Ten sezon jest pełen niespodzianek - również dla pana. Jeszcze trzy tygodnie temu, dzisiejszy stan rzeczy to była jakaś abstrakcja. A dla pana, chyba piękny sen?
Marek Popiołek (trener Legii): Wszystko się zgadza, nie dało się tego w żaden sposób zaplanować. Życie pisze najlepsze scenariusze. Nic takiego nie planowałem i nie zakładałem, w tej trudnej sytuacji, w której się znaleźliśmy. 4 lutego wiedziałem, że trzeba podchodzić do swojej pracy w sposób profesjonalny. Uznałem, że będę robił to co do mnie należy i to, czego się ode mnie oczekuje w klubie. Robię to tak, jak potrafię najlepiej. Otrzymałem doskonałe wsparcie całego sztabu szkoleniowego, zawodnicy dobrze się nastawili i w meczu ze Sportingiem przełamaliśmy pierwsze lody. Później co prawda nie obyło się bez problemów, ale Puchar Polski był zwieńczeniem dwutygodniowej pracy. Tak jak powiedziałeś - to brzmi jak piękny sen.

W przeszłości był pan już pierwszym trenerem w ekstraklasie, zastępując w trakcie rozgrywek pierwszego trenera - Artura Gronka w Astorii. Można powiedzieć, że jesteś takim strażakiem?
- Artura Gronka zastąpiłem po sezonie, kiedy on odchodził do Lublina. Jako strażak szedłem do I ligi do Starogardu Gdańskiego i wtedy dobrze poszło mi w pierwszej lidze. Można powiedzieć, że niejako nagrodą za tą pracę w pierwszej lidze, była późniejsza praca w Astorii, kiedy Artur odszedł do Startu.

Można powiedzieć, że nie dał pan działaczom Legii wyboru. Zdobycie Pucharu Polski, szczególnie w tak wielkim stylu, zaskoczyło wszystkich ekspertów. Nikt nie typował, że Legia w ogóle dotrze do finału.
- Chyba jest to uznawane za dużą niespodziankę. Jestem i byłem przekonany, że nasz zespół ma duży potencjał i nie powinien bać się żadnego rywala w Polsce. Wierzyliśmy, jadąc do Sosnowca, że możemy wygrać cały turniej, ale nie koncentrowaliśmy się za bardzo na tym. Skupialiśmy się na każdym kolejnym spotkaniu. Trudno mi wytłumaczyć, dlaczego nasza drużyna aż tak bardzo zdominowała ten turniej. Drugie połowy były praktycznie perfekcyjne w każdym ze spotkań, różnica punktowa wyglądała jak jakaś deklasacja. Jestem bardzo zadowolony z tego, że zespół grał w taki sposób i w takim stylu zdobył Puchar Polski. To sprawa historyczna i zwyczajnie wielka dla każdego z nas, kto brał w tym udział. Co do pozostawienia wyboru władzom - z tym różnie bywa. Starałem się nastawić głowę tak, by pracować tylko i wyłącznie na zwycięstwa. I tak jak mówiłem już w innych wypowiedziach - Puchar waży dla mnie więcej niż jakakolwiek posada - ja naprawdę tak uważam. Wygranie Pucharu Polski to jest osiągnięcie na całe życie, a jeżeli zostało to nagrodzone tym, że ja i ten zespół mam kolejną szansę, by pracować dalej w takim składzie i realizować kolejne cele, to tym lepiej.

W Pucharze mierzyliście się ze Startem, Treflem i Stalą - z każdą z tych drużyn w sezonie zasadniczym przegraliście wyraźnie. To nie były pechowe porażki. Ta metamorfoza drużyny przez ostatnich kilka tygodni pozwala wierzyć kibicom, że ten sezon, jeszcze nie jest stracony, a wysokie cele nadal wydają się w zasięgu.
- Na pewno ten sezon nie jest stracony, jeszcze jest sporo grania. Można narzekać na nasze wyniki w lidze, bo powinniśmy mieć lepszy bilans i być na wyższej pozycji. Cały czas jesteśmy w grze o wszystkie trofea. Nikt nas jeszcze nie wyeliminował z żadnych rozgrywek. Bardzo się cieszę, że wygraliśmy Puchar Polski w takim stylu i mamy kolejne wyzwania przed sobą. Przed nami bardzo ciekawa seria ćwierćfinałowa w FIBA Europe Cup z Bilbao. W lidze limit błędów został wyczerpany i trzeba pracować na to, by wejść do play-off, a najlepiej wejść spokojnie i z przyzwoitej pozycji. Odnośnie wspomnianych meczów ligowych ze Startem, Treflem i Stalą - trzeba było z nich wyciągać wnioski. Analizowaliśmy je mocno przed Pucharem. Wiadomo, że każdy z meczów ma swoją historię, zespoły są na różnych etapach, robione są zmiany w składach. Choćby Loren Jackson i jego rola w Pucharze Polski, to było bardzo istotne.

Śledzi pan różne rozgrywki w Europie, ale ligę włoską w szczególności. Miał pan okazję zobaczyć jego grę w Brindisi przed transferem do Legii? Bo akurat krótko tam występował.
- Tak jak mówisz, śledzę wszystkie ligi, a ligę włoską również z dużym zaciekawieniem. Nie będę oczywiście przypisywał sobie wszystkich zasług, tym bardziej, że ściągaliśmy Lorena, gdy Wojtek Kamiński był pierwszym trenerem. Razem analizowaliśmy jego grę, jak również innych kandydatów, którzy byli na tapecie. Jackson jest graczem dobrze znanym z Francji, bo tam spędził sporo czasu. Zasięgnęliśmy więc opinii wśród naszych kontaktów we Francji. Fakt, że bardzo interesuję się ligą włoską, pozwolił mi lepiej sprawdzić tego zawodnika. Również jego charakter, bo to też jest aspekt, na który patrzymy. Nie tylko kwestie boiskowe, ale również te pozaboiskowe.

Decyzja ws. transferu Jacksona należała do Wojciecha Kamińskiego. Ale, czy pan nie miał obaw odnośnie wzrostu tego gracza i jego rywalizacji z wysokimi jedynkami, których przecież jest więcej w polskiej lidze? Przed rokiem mówiło się, że Vinalesowi brakowało w półfinałowej rywalizacji ze Śląskiem, warunków fizycznych, by konkurować z Martinem. A przecież Vinales był kilkanaście centymetrów wyższy od Jacksona.
- To bardzo istotny aspekt. Nie we wszystkich ligach sprawdzają się tacy niscy rozgrywający. W swojej karierze w innych klubach współpracowałem już z niskimi rozgrywającymi, choć nieco wyższymi niż Loren. Wielu takich graczy sprawdza się bardzo dobrze na parkietach ligi niemieckiej, francuskiej, ale niekoniecznie na parkietach bardziej fizycznej ligi włoskiej. To był też przypadek Lorena Jacksona, który w trudnej sytuacji, w której był w Brindisi, nie zafunkcjonował zbyt dobrze. Wiedzieliśmy, że jest piekielnie szybki, że oprócz tego, że potrafi zdobywać punkty, to ma w sobie duszę rozgrywającego i lubi angażować innych zawodników w grę. Mieliśmy pewne obawy, jak on się zaaklimatyzuje w kontekście dużej fizyczności, która jest w naszej lidze i twardego sposobu grania. Odnośnie defensywy są metody jak atakować niskich graczy, ale mamy też pomysły jak się temu przeciwstawiać. Jestem bardzo zadowolony z tego, jak Loren wyglądał w defensywie, jeśli chodzi o przeciskanie się na zasłonach, walkę z zasłonami - to wygląda u niego bardzo dobrze. Mieliśmy pewne obawy, nie wiedzieliśmy do końca, jak będzie wyglądał ten transfer i jak mam być szczery, nie spodziewałem się, że Loren Jackson tak szybko zacznie grać tak dobrze dla nas. W całym turnieju Pucharu Polski był wręcz rewelacyjny. Podobnie jak w meczu w Lizbonie, na którym przecież byłeś - tam zagrał wręcz perfekcyjnie.

Loren Jackson - wielki mały człowiek.
- Jest niesamowity. Kiedyś jeden trener w PLK powiedział mi ciekawą rzecz odnośnie niskich zawodników - skoro oni dobrnęli na tak wysoki poziom, że ty ich rozważasz pod kątem pozyskania do drużyny na pozycję rozgrywającego, czyli jednego z liderów zespołu - zwykle jest tak, że ci ludzie mają w sobie coś wyjątkowego. Mają jakieś mankamenty, niedociągnięcia, może są rzeczy, których nie przeskoczą, a czasem parametrów fizycznych będzie im brakowało, ale patrz na to, co mają dobre, bo w czymś muszą być wyjątkowi, skoro dotarli na tak wysoki poziom.

Jak wyglądała pana współpraca z Wojciechem Kamińskim? Czy pierwszy trener brał pana uwagi i pomysły, przy budowie składu na ten sezon?
- To mój pierwszy sezon w Legii, więc nie wiem, jak te kwestie wyglądały w klubie wcześniej. Nasza praca wyglądała tak, że wszystkie kandydatury na poszczególne pozycje były wrzucane na wspólną grupę, gdzie ja i Maciek Jamrozik dzieliliśmy się swoimi opiniami nt. poszczególnych graczy z pierwszym trenerem. Potem selekcjonowaliśmy razem z Wojtkiem, na którym należy się bardziej skupić, uruchamialiśmy pewne kontakty, by dowiedzieć się o poszczególnych graczach jak najwięcej. Oczywiście główny trener podejmuje decyzję wiążącą, koncentrowałem się bardziej na tym, by pokazać wszystkie plusy i minusy transferu danego zawodnika, i tego jak może wkomponować się do naszej drużyny. Ale uczestniczyłem w omawianiu każdego transferu do Legii na ten sezon, jak również każdego kandydata do gry w naszej drużynie.

Za co pan odpowiadał w trakcie obecnego sezonu jako asystent? Chodzi mi bardziej o kwestie przygotowań do poszczególnych meczów. Czy to były analizy całościowo konkretnych rywali, czy może np. skupiał się pan na ataku lub obronie?
- Wspominałem o tym w rozmowie z Super-Basket.pl. Jeśli chodzi o skauting rywala, to dzieliliśmy się zespołami. Czyli inaczej niż to było robione w Legii w poprzednim sezonie. Zaproponowałem taki układ, na bazie moich doświadczeń. M.in. trener Tabak lubił tak pracować w Zielonej Górze, gdy korzystał z pomocy trenera Miłoszewskiego i Niedbalskiego, a później trenera Felixa Alonso. Oczywiście nie jest też tak, że skoro dany rywal jest przygotowywany przez Maćka Jamrozika, to ja nie zostałem zapytany o to, jak gra dana drużyna. Oczywiście również oglądałem mecze innych zespołów i dzieliłem się z Wojtkiem swoją opinią.

Jeśli dobrze zaobserwowałem, przez cały sezon, przede wszystkim na panu - jako asystencie - spoczywała rola osoby, która przeprowadzała wiele rozmów z poszczególnymi zawodnikami. Tłumaczenie im, jak powinni grać, czasem temperowanie wybuchowego charakteru.
- To ostatnie to chyba o Vitalu (śmiech). Bywając na treningach na pewno widzisz więcej, niż osoby, które tylko oglądają nasze mecze, czyli "produkt finalny". To wynika z mojego charakteru. To nawet naturalne, że jako asystent spędzasz z zawodnikami dużo czasu, bo pracujesz z nimi indywidualnie - zarówno przed treningiem, a jeszcze częściej po treningu. Oni nabierają do Ciebie zaufania, choć czasem może chcą coś ugrać, aby przekonać asystenta do pewnych rzeczy, by wpłynął na pierwszego trenera. To są rzeczy naturalne, które mają miejsce w sporcie. To jest też pewien podział obowiązków w sztabie - trener Wojtek do niektórych kwestii desygnował Maćka Jamrozika, dzieliliśmy się analizami indywidualnymi zawodników. Nie było więc tak, że to wszystko było na mojej głowie, ale pewnie wynika to z mojego charakteru. Zawodników trzeba umieć natchnąć i dobrze zmotywować. Cieszę się, że Aric Holman, MVP finałów PP, w rozmowie telewizyjnej powtórzył to, co przekazałem drużynie na odprawie przed finałem - przygotowanie taktyczne stanowi 30 procent, a 70% to, jak potrafimy się zmotywować, nakręcić, ale i uspokoić głowy, by nie było wybuchów, które mogą dużo nas kosztować. I wierzyć w to, że możemy wygrywać mecze i grać bardzo dobrze. Umiejętność rozmów i dotarcia do zawodników jest w pracy trenerskiej kluczowa.

Pana praca w Legii jeszcze kilka lat temu wydawała się raczej jakąś abstrakcją. Przed dziesięciu laty miał pan okazję zagrać na Torwarze w II-ligowych derbach w barwach Polonii i po tym, jakie "przyjęcie" zgotowali Ci fani Legii, pewnie nikt nie pomyślałby, że historia zatoczy koło... Możnaby zacytować Łukasza Koszarka - wszystko co wiemy o koszykówce, to nic!
- Każdy etap w mojej karierze i życiu był dla mnie bardzo istotny. Nie jest żadną tajemnicą, że jestem z Warszawy, a koszykarsko wywodzę się z Polonii. Moje losy i kariera toczyły się tak, że trafiałem do różnych klubów i miejsc, i nauczyłem się działać w sposób profesjonalny, co jest najbardziej istotne. Przekułem swoją pasję w swój zawód, bo przecież koszykówka już za dzieciaka wciągnęła mnie tak, że do dzisiaj nie puściła. Staram się podejmować decyzje najlepsze dla siebie, swojej kariery, a umiejętności, które nabywam z roku na rok, staram się wykorzystywać dla klubów, które mnie zatrudniają. Rzeczywiście historia zatoczyła koło w niesamowity sposób. Powiem zupełnie szczerze, że tamten mecz był dla mnie niesamowitym przeżyciem i doświadczeniem. Zagrać jako zawodnik, nawet na niższym poziomie rozgrykowym, bo to przecież była druga liga, ale zagrać na wypełnionym Torwarze to coś, czego nie zapomnę do końca życia. Ale teraz też do końca życia nie zapomnę tego Pucharu Polski. Wiadomo, że jest w Legii wiele osób, które znam od lat, przecinaliśmy się w różnych momentach. Kuba Nowosad podczas derbów z 2014 roku był fizjoterapeutą Legii, choćby wczoraj długo rozmawiałem z Robertem Chabelskim, który gratulował mi tego, że będę pracował dalej w Legii. A pamięta mnie jeszcze jako małego dzieciaka biegającego za piłką.

Czy przed tym sezonem nie miał pan obaw przychodząc do Legii, na przykład tego, jaka będzie reakcja publiczności? I jak się dzisiaj pan czuje w klubie - na pewno największym medialnie klubie, w jakim miał okazję pracować i jednocześnie klubie z bardzo wysokimi ambicjami?
- Nie miałem obaw dotyczących tego, że zostanę źle przyjęty. Wiedziałem jacy ludzie mnie zatrudniają, odbyłem z nimi wiele rozmów. Zdecydowałem się na tę pracę i nastawiłem się do niej od samego początku bardzo pozytywnie. W żadnym momencie nie zaznałem nieprzyjemności będąc w Legii. Bo i chyba nie zrobiłem nic takiego, by dać ku temu pretekst komukolwiek. Medialnie jest to klub niezwykle ważny na mapie Polski i to nie tylko koszykarsko. Gra o najwyższe cele to też coś, na co patrzyłem przychodząc tutaj. Chciałem grać w europejskich pucharach, chciałem grać w lidze o medale. Zdobycie Pucharu Polski to też spełnienie koszykarskiego marzenia. Odnośnie jeszcze przyjęcia, komentarzy i tak dalej - jestem trenerem i doświadczyłem już wielu rzeczy. Byłem już zwalniany z klubów, zatrudniany, szło mi czasami lepiej, innym razem gorzej. Wiadomo, że mamy takie czasy, że każdy może w Internecie napisać co chce na temat drugiej osoby, albo krzyknąć coś z trybun. Trzeba umieć takie sprawy odłożyć na bok, by skoncentrować się w stu procentach na swojej pracy. Jestem dumny z tego, że przez ostatnie dwa tygodnie zrobiliśmy to w dobry sposób. Skoncentrowaliśmy się na wygrywaniu spotkań, a odbiór publiczności, który był w Sosnowcu, był rewelacyjny - jeśli chodzi nas wszystkich, jak i mnie personalnie.

Po tym jak "posmakował pan" prowadzenia drużyny jako pierwszy trener w poprzednich klubach, nie myślałeś o tym, żeby poczekać na propozycję pracy w roli pierwszego szkoleniowca?
- Uważałem, że to dla mnie dobry ruch i nie traktowałem tego, jako zejście krok niżej. Miałem różne doświadczenia w klubach, które walczyły o utrzymanie w lidze. Zdobyłem bardzo cenne doświadczenie. Miałem też inne oferty przed obecnym sezonem oprócz Legii. Nie miałem dotychczas okazji pracować w tak dużym i mocnym klubie, który walczy o najwyższe cele w Polsce. Ponadto nie miałem okazji pracować w klubie walczącym w europejskich pucharach. To były bardzo ważne czynniki. Mam w sobie trochę pokory i wiem, że nie wiem jeszcze wszystkiego. Mogę się jeszcze bardzo dużo nauczyć. Nie było dla mnie żadną ujmą trafić jako asystent do Wojtka Kamińskiego, który ma ponad 20 lat doświadczenia jako pierwszy trener w ekstraklasie. Powiem więcej - sporo się nauczyłem podczas budowy tego zespołu, trochę innego spojrzenia, jak to może funkcjonować. Dużo uczę się na co dzień od zawodników, dużo nauki daje gra na dwóch frontach. Dzisiaj jestem lepszym trenerem niż byłem 7 miesięcy temu, kiedy rozpoczynałem pracę w Legii.

To co na pewno interesuje kibiców to ew. zmiany kadrowe - czy doczekamy ich? Nie da się ukryć, że przy takiej intensywności jaka czeka Was w marcu, zawodnik pod kosz przydałby się bardzo. Przed Legią nie tylko walka play-off, ale i rywalizacja w FIBA Europe Cup o czołową czwórkę.
- Rozważamy to, by dołączył do nas jeszcze jeden gracz. Bierzemy pod uwagę różne scenariusze. Mieliśmy długą rozmowę na ten temat w poniedziałek, czyli niedługo po powrocie z turnieju finałowego w Sosnowcu. Chyba ona rozstrzygnęła, że będę dalej pierwszym trenerem, ale także dotyczyła tego, jakie ruchy kadrowe należy robić. Nie jest jakąś tajemnicą, Jarek Jankowski powiedział publicznie, że będziemy szukać nowego zawodnika i prawdopodobnie sprowadzimy gracza, który doda nam głębię składu, powinien dodać fizyczność i umiejętną walkę o zbiórki. Pozycja nie jest aż tak istotna. Nie jest tak, że szukamy tylko piątki, albo piątko-czwórki lub też czwórki. Chodzi bardziej o cechy i umiejętności, jakie powinien ten zawodnik dać drużynie. Rynek wcale nie jest łatwy, nie ma zbyt wielu zawodników dostępnych. Będziemy musieli wybrać, w miarę możliwości, najlepszego dostępnego, i odpowiednio wkomponować go w drużynę. Mamy bowiem kilku zawodników, którzy mogą grać między pozycjami, na przykład Aric Holman, który gra i na czwórce i na piątce. Trzeba to będzie we właściwy sposób poukładać.

Mówił pan po finale PP, że niczym nie kupiłeś szatni. Ale patrząc z boku wydaje mi się, że kupił ją pan na pewno swoim wewnętrznym spokojem.
- Może tak. Na pewno coś jest w takich obserwacjach z boku. Tu znowu można wrócić do mojego charakteru. Każdy trener ma swój styl i powinien w jego ramach działać. Być sobą, używać właściwych "narzędzi" do tego, by motywować poszczególnych zawodników. Patrząc na innych trenerów, nie do końca podobało mi się, jak ktoś w jakiś szalony sposób skakał przy linii bocznej, darł włosy z głowy i wprowadzał zbyt dużą nerwowość u siebie, która przechodzi na zawodników. To ma wpływ na decyzyjność i skuteczność. Nie każdy zawodnik umie sobie z tym poradzić, każda szatnia jest trochę inna. Staram się w sposób analityczny podchodzić do tego, co dzieje się na parkiecie, wyciągać odpowiednio wnioski. Ale zdaję sobie też sprawę, że są zawodnicy, którzy potrzebują mocniejszego uderzenia ręką w stół lub by podnieść nieco głos, aby go zmotytować. Udało się nam to wyważyć w trakcie ostatnich dwóch tygodni i turnieju finałowego. To jest historyczny sukces dla Legii i wielka rzecz dla nas wszystkich, z tego trzeba się bardzo cieszyć i to doceniać, ale tego trzeba też użyć do motywowania do osiągania kolejnych celów. Aby to nas, nawet na chwilę, nie rozluźniło. Przez ostatnie dwa tygodnie spisywaliśmy się naprawdę dobrze, co zwieńczyliśmy zdobyciem Pucharu - to bardzo dobrze, natomiast cały czas trzeba pracować, by w odpowiedni sposób trafiać do tych zawodników. Czy to będzie więcej spokoju, czy trochę krzyku, prowokacji, to będziemy oceniali na co dzień.

Przeprowadzał pan jakieś indywidualne rozmowy z Arikiem Holmanem? Ostatnie jego występy na przełomie stycznia i lutego to forma daleka od tej, jaką prezentował przez ostatni rok. Uwidaczniały się natomiast pretensje w stronę ławki, o czym mówili też komentatorzy telewizyjni. W Sosnowcu, a wcześniej także w Lizbonie, zobaczyliśmy znów najlepszą wersję Holmana jaką znamy, który został MVP finałów PP.
- Rozmowy prowadzę z każdym. Ten ostatni okres był dla nas bardzo zwariowany. Kolejny dzień po przegranym meczu ligowym ze Stalą Ostrów, spędziliśmy nie na trenowaniu, tylko na próbie dojścia do siebie. I chodzi tu o pracę z fizjoterapeutami, ale też rozmowy z zawodnikami. Rozmawiałem wtedy z każdym z nich. Patrzę każdego dnia, kto potrzebuje więcej uwagi, wskazówek taktycznych albo nawet więcej spokoju. Ukłony także dla zawodników, bo oni sami siebie dobrze nakręcają i motywują. Tu jest rola i kapitana, Darka Wyki, ale też takim ambitnym człowiekiem, który wpływa na innych jest Christian Vital, czy doświadczony Ray Cowels. Cieszę się, że na tym turnieju to wyglądało tak, że wielu graczy było - nie chcę mówić "optymalnej formie", ale pokazało bardzo dobra dyspozycję. Wśród nich był Aric, ale świetne momenty miał Ray Cowels, Michał Kolenda, mogę wymieniać bardzo długo. Aric Holman zasłużenie został MVP, choć nie zdziwiłbym się, gdyby został nim albo Jackson albo Vital, bo cała trójka grała rewelacyjnie, i trudno jest wybrać tego jednego MVP.

Duża intensywność grania na pewno nie pomaga w utrzymaniu świeżości na ligę, ale to doświadczenie zebrane w Europie może zaprocentować w play-off. Dokładnie tak było przed dwoma laty, kiedy Legia nie zakwalifikowała się do turnieju finałowego PP, w FIBA Europe Cup była bardzo bliska półfinału, a w play-off, w dwóch pierwszych rundach była jak walec.
- Przedsmak tego widzieliśmy właśnie w Pucharze. To, że nasz zespół potrafił się szybko regenerować i dostosowywać taktycznie do różnych przeciwników, którzy grają inny styl koszykówki. To pokazało, że gra w pucharach jakieś korzyści nam przynosi. Jesteśmy dobrzy, jeżeli gramy w takim rytmie. Jeżeli inne zespoły grają w takim rytmie, to mamy nad nimi przewagę. Inaczej bywało w lidze, kiedy rywale mieli więcej czasu, żeby się przygotować taktycznie i fizycznie do meczów z nami. Przez to pogubiliśmy trochę punktów. Nie chcę zbyt dużo mówić w tej chwili, bo wszystko zweryfikuje boisko i wyniki. Wierzę cały czas w to, że wielkie rzeczy są jeszcze przez nami - zarówno rywalizacja w FIBA Europe Cup, ale przede wszystkim liga. W lidze będzie się grało długo, dużo i mam nadzieję, że w play-offach. Jak do nich wejdziemy, niezależnie z którego miejsca, to jestem pewien, że nasza drużyna będzie wyglądała tak, że nikt nie będzie chciał z nami grać.

Dłużył się czas od powrotu z Sosnowca do Warszawy, do ostatecznej decyzji włodarzy Legii w kwestii pana przyszłości na stanowisku?
- Byłem dosyć spokojny. Koncentrowałem się na tym, aby wygrać Puchar. W dniu meczu finałowego, myślałem rano o tym, że będę wieczorem prowadził zespół w finale Pucharu Polski. Wielu trenerów pracuje całe życie i nie ma takiej szansy ani razu. Nie wiadomo też, czy ja jeszcze będę miał taką szansę. Więc najważniejsze jest tu i teraz. Trzeba było zrobić wszystko, by go wygrać. Pewnie nawet gdybyśmy przegrali ten finał, to byłby pozytywny oddźwięk, bo i finału mało kto się po nas spodziewał, drużyna grała dobrze, zrobiła krok do przodu... Ale ja byłbym wściekły, że taka szansa przeszła nam koło nosa! Dzięki temu, że udało się to zrobić, podchodziłem bardzo spokojnie odnośnie przyszłości. W poniedziałek prezes Jankowski zaprosił mnie na rozmowę, omawialiśmy różne scenariusze, bardziej pod kątem tego, bym ja, jako młody trener, zdawał sobie sprawę z tego, jakie cele są postawione i jakie to jest wyzwanie. W końcu doszliśmy do wniosku, że dalej się tego podejmę, i będę prowadził drużynę co najmniej do końca obecnego sezonu.

Czy jakiś konkretny cel przed panem postawiono na dalszą część sezonu? Czy to taki cel, jaki stawiano przed sezonem Wojciechowi Kamińskiemu? Czy jest też takie ustalenie, na przykład, że mistrzostwo lub finał z automatu oznacza przedłużenie współpracy?
- Wynikowego założenia nie ma. Wszyscy mamy świadomość, że najpierw trzeba wejść do play-off. Trudno teraz przewidzieć, co los nam przyniesie. Bardzo ważną kwestią są ruchy kadrowe, jeżeli dołożymy zawodnika, to jakiego i jak on wpłynie na nasz zespół. Powtórzę jeszcze raz - jeśli tylko będziemy w play-offach, a bardzo w to wierzę i jestem o tym przekonany, to później będziemy myśleli o każdym kolejnym meczu. Jeśli przejdziemy pierwszą rundę i wejdziemy do strefy medalowej, to może się wszystko wydarzyć.

Nie obawia się pan się klątwy zdobywcy Pucharu Polski. Jest pan przesądny?
- Na razie nie myślę o mistrzostwie Polski. Ostatnio byłem pytany, czy wierzę w klątwy, bo Legia nie mogła przez kilka lat przejść ćwierćfinału Pucharu Polski. Gdybym wierzył w klątwy, usiadłbym i oglądał jak gra Start. Nakręciliśmy drużynę do tego, by przenosiła góry. Zrobiliśmy jeden mały kroczek, przełamaliśmy jedną klątwę - jeśli takie istnieją... A potem poszło dalej. Teraz nie myślę o mistrzostwie. Myślę, by teraz podczas paru dni wolnego, trochę odpocząć, naładować baterie, a także podjąć najlepszą decyzję w sprawie nowego zawodnika, i ewentualnych modyfikacji w sposobie gry. Jest trochę czasu, by pewne rzeczy potrenować i wyregulować. Potem będę myślał o meczu z Toruniem. To jest odpowiednia kolejność. Jeśli będziemy dobrze realizowali zadania bieżące, krótkoterminowe, to nas doprowadzi do tego, że na koniec sezonu będziemy zadowoleni.

Wspominałem już o panu, jako o trenerze-psychologu. Czy "podniesienie" do zdecydowanie większej roli w zespole Grzegorza Kulki to jeden z celów na najbliższe tygodnie? "Kula" pokazał już, że może dawać wiele, ale mam wrażenie, że od czasu kontuzji, zablokował się w manewrach podkoszowych, którymi w sezonie wicemistrzowskim robił furorę i zbliżył się do reprezentacji.
- Pamiętam to doskonale, bo pracowałem wtedy w reprezentacji Polski jako asystent Igora Milicicia. Pamiętam więc, jak Grzegorz przyjeżdżał na zgrupowania, aby pokazać się selekcjonerowi. Na pewno on nie jest zadowolony ze swojej dyspozycji w tym sezonie, ma możliwości, aby grać znacznie lepiej i to nie jest żadną tajemnicą. Fakt, że ostatnio grał tak mało, nie oznacza, że ja go odsunąłem, bądź odsunę na stałe. Będzie dokładnie tak jak powiedziałeś - jako jeden z celów stawiam sobie, aby tego zawodnika doprowadzić do dobrej dyspozycji. By pomógł nam w najważniejszych meczach. Na pewno jest do tego zdolny.

Trener asystent zawsze jest bardziej kolegą dla zawodników niż pierwszy trener, który jest tym takim "szefem". Dodając do tego pana, stosunkowo młody wiek jak na trenera oraz właśnie przejście z roli asystenta - czy nie ma pułapki ze zmianą podejścia pana do zawodników oraz zawodników do pana?
- Tego się nie obawiam. A gdyby tak było, nie byłoby szans, abyśmy zdobyli Puchar Polski. Nie jest przecież tak, że wszystko poszło nam łatwo i przyjemnie. W trakcie tego turnieju były trudne decyzje do podjęcia, były rozmowy z zawodnikami, którzy grali z małymi urazami lub kontuzjami. Były momenty, że trzeba było kogoś dłużej przytrzymać na ławce. Każdy akceptował swoją rolę, co bardzo mnie cieszy. Czy to jest pułapka? Nie mogę być człowiekiem, który kompletnie by się zmienił, w momencie kiedy z trenera asystenta, stałem się pierwszym trenerem. To byłoby najbardziej zgubne, co mogłoby się wydarzyć i pierwszy krok w stronę kompletnej klęski. Uważam, że każdy trener ma swój styl i charakter, i powinien zachowywać się w sposób naturalny. Powinien wymagać od swoich zawodników. Pamiętajmy, że działamy na zasadach profesjonalnych. Nie zebraliśmy się tu przecież w celach towarzyskich albo dla przyjemności. Każdy z nas jest tu, by realizować cele, zarabia pieniądze i chce walczyć o swoją pozycję w koszykarskim świecie. To dotyczy nas wszystkich. Muszę od nich dużo wymagać, ale muszę też podchodzić z dużym szacunkiem, czyli tak jak starałem się to robić przez ostatnie dwa tygodnie. A zespół świetnie mi to oddał, bo w Sosnowcu walczyli jak lwy. Obyśmy taką Legię oglądali również w kolejnych spotkaniach.

Dwukrotnie w tym sezonie musiał pan suszyć garnitur. Najpierw zespół oblał pana wodą z radości po awansie do 1/4 finału FIBA Europe Cup w Lizbonie. Teraz powtórzono to w drodze do szatni w Sosnowcu, po finale ze Stalą. Liczymy więc, że kolejne suszenie garnituru czeka pana w czerwcu...
- Będzie wtedy ciepło, więc będę mógł suszyć garnitur na świeżym powietrzu (śmiech).

Źródło: Legiakosz.com

od 12 lat
Wideo

Wspaniałe show Harlem Globetrotters w Tauron Arenie Kraków

Dołącz do nas na Facebooku!

Publikujemy najciekawsze artykuły, wydarzenia i konkursy. Jesteśmy tam gdzie nasi czytelnicy!

Polub nas na Facebooku!

Kontakt z redakcją

Byłeś świadkiem ważnego zdarzenia? Widziałeś coś interesującego? Zrobiłeś ciekawe zdjęcie lub wideo?

Napisz do nas!

Polecane oferty

Materiały promocyjne partnera

Materiał oryginalny: Legia ogłosiła nazwisko nowego trenera. "Życie pisze najlepsze scenariusze" - Portal i.pl

Wróć na expressilustrowany.pl Express Ilustrowany