Jeść jak Robert Makłowicz, czyli za co pokochali go Polacy?

Mariusz Grabowski
Ostatnio Robert Makłowicz postawił na obecność w mediach społecznościowych. Filmy na jego kanale na YouTube są bardzo popularne. Odcinek o dalmackim winie obejrzało 800 tys. osób, ale inne są prawie tak samo atrakcyjne dla widzów
Ostatnio Robert Makłowicz postawił na obecność w mediach społecznościowych. Filmy na jego kanale na YouTube są bardzo popularne. Odcinek o dalmackim winie obejrzało 800 tys. osób, ale inne są prawie tak samo atrakcyjne dla widzów Fot. Pawel Wanczko / Gazeta Lubuska
Polacy pokochali Roberta Makłowicza, bo uosabia życie, o którym marzą: luksusowego filozofa, który bezkompleksowo peregrynuje przez świat i dobrze się odżywia.

O popularności Makłowicza świadczą rekordowe wyświetlenia na YouTube, książki, wywiady radiowe i prasowe. Często pojawia się w telewizji. Po roku, od kiedy ma własny kanał internetowy, w którym pokazuje produkcje gastronomiczne rodzinnej firmy, stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych osób w polskim wirtualu. Jubileuszowy film wypuszczony do sieci ma ponad 470 tys. odsłon.

Ale przecież kucharzących i wygadanych celebrytów nie brakuje, jeden ma nawet gwiazdkę Michelina. Co sprawiło, że właśnie Makłowicz zyskał sympatię rodaków?

Krakowski sznyt

Nie można powiedzieć, że Robert Makłowicz oszałamia urodą. Niewysoki (165 cm wzrostu), korpulentny, ale za to uśmiechnięty, co obserwatorowi natychmiast nasuwa na myśl wrodzoną pogodę ducha. Ubrany z wygodną elegancją, modnie ostrzyżony i po krakowsku wymowny. Ta okraszona anegdotami elokwencja to jego główny oręż - połączona z charakterystyczną gestykulacją - buduje wizerunek człowieka kompetentnego (Makłowicz studiował prawo i historię na Uniwersytecie Jagiellońskim), a także solidnego, który nakarmi, a przy okazji poduczy z dziejów Europy Wschodniej.

Człowiek sukcesu musi posiadać znamiona tegoż. Makłowicz chlubi się pięknym mieszkaniem w luksusowej części Krakowa, autem i busem dla ekipy filmowej. Domowa kuchnia, w której przygotowuje wielkanocne serniki (oglądalność cyklu - ok. 300 tys. wyświetleń), przypomina lśniące chromem laboratorium, a malowniczy dom kupiony na chorwackim półwyspie Pelješac dowodzi spełnionych marzeń o sielskości.

Makłowicz potrafi też rozśmieszyć. Rechoce, karmiąc psa koperkiem, mlaszcze, jedząc haluszki, przewraca oczyma z ukontentowania

Tak wygląda człowiek, który odniósł sukces i teraz chce się nim podzielić z Polakami. Wędruje dla nich po świecie (od kiedy pracuje na swoim, raczej po Europie, a od kiedy szaleje pandemia - po Polsce), gotuje im wykwintnie, choć bez ekstrawagancji (kotlety baranie w Szkocji, łosoś w Norwegii, mule w Belgii - średnio po 150 tys. oglądających) i koi nasze narodowe kompleksy, tłumacząc skomplikowane losy ludzkości.

Narodowy rozsądek

Programy Makłowicza oglądają zarówno ci z liberalnej, jak i konserwatywnej strony, Platformersi i Pisowcy (Lewica, której szczytem kulinarnych aspiracji jest tofu z soi, raczej go nie ogląda). Edukacyjne opowieści w plenerze, połączone z pokazem praktycznego kucharzenia, na razie nie dzielą politycznie.

Ci pierwsi zżymają się pewnie w duchu, że Makłowicz tak dużo czasu poświęca potrawom mięsnym i całkiem niedemokratycznej postaci cesarza Franciszka Józefa i jego monarchii. Drugim zaś podnosi się adrenalina, gdy zaczyna on podszczypywać władzę sugestiami o jej niekompetencji, a także z racji tego, że popierał kobiety protestujące na ulicach.

Ale programy Makłowicza są z zasady apolityczne, bowiem rozsądnie unika w nich politycznego zaangażowania. Można mu oczywiście wyciągnąć liberalne poglądy, modne w inteligenckich enklawach Krakowa, przyjaciół z kręgu nieprzejednanej opozycji, ale po co? Wydaje się, że jest zbyt rozsądny, by zacietrzewiać się politycznie, zrażając przy tym do siebie połowę publiki.

Co nie znaczy, że nie ma skrystalizowanych poglądów.

W wywiadzie udzielonym youtuberowi Karolowi Paciorkowi (ponad 750 tys. wyświetleń), zaprezentował się niczym wcielenie narodowego rozsądku: dobrotliwym, spokojnym, lekko zachrypniętym głosem serwujący remedia na wszystkie polskie kłopoty.

Przy chaotycznym, nerwowo chichoczącym, zagubionym w skomplikowanych historyczno-geograficznych kwestiach Paciorku, Makłowicz objawił się niczym mąż opatrznościowy. „Popatrzcie: odniosłem sukces, ale i wam - Rodacy - pomogę” - zdaje się mówić.

Tu dochodzimy do najważniejszego: Roberta Makłowicza Polacy po prostu lubią, tak jak się lubi gawędziarzy i kucharzy. A faktu, że ludzie kogoś lubią, nie wyjaśni żadna socjologiczna analiza, ani algorytm.

Makłowicz jest lubiany, bo daje ludziom przyjemność i poczucie zrozumienia. Ugotuje rybę, opowie o destylacji szkockiej whisky (150 tys. oglądających), przywoła nostalgicznie Austro-Węgry, odwoła się do wspomnień z dzieciństwa i czegoś, nad czym od zawsze i bez efektów głowią się socjologowie - poczucia wspólnoty.

Nie wstydźcie się

Owego przywołania lekko uchwytnej wspólnotowości: przykurzonej narodowej tradycji, PRL-owskiej siermięgi, kompleksów, ale i swoistej dumy, nie praktykował dotąd żaden gastronomiczny polski kaznodzieja. Owszem, pichcili uwielbiane przez Polaków kapuśniaki i schabowe, ale z trudno skrywanym poczuciem wyższości. Wszak schabowy to dowód zacofania, gdzie mu do steku czy befsztyka, którymi zajadają się prawdziwi Europejczycy.

Takie „wyższościowe”, „modernizacyjne” przekonania są Makłowiczowie obce.

Wystarczy obejrzeć jego filmy z Beskidu Wyspowego, zabitej dechami wiochy, w której - jak mówi - spędził dzieciństwo (średnio po 300 tys. wejść). Produkuje na nich kluski, kroi słoninę, pichci grochówkę w kotle. Potrawy, które lubi każdy, symbole kuchni prostej, smacznej, a przy okazji - co bardzo ważne - nie inteligenckiej, ale chłopskiej. A przecież Polska to raczej kraj chłopów, a nie profesorów uniwersytetów.

Twarz biznesmena

Makłowicz potrafi też rozśmieszyć. Cała rzesza jego fanów wyspecjalizowała się w produkcji klipów, na których rechoce, karmiąc psa koperkiem, mlaszcze, jedząc haluszki, przewraca oczyma wcinając belgijskie frytki (blisko 600 tys. oglądających), siorbie, klepie się po brzuchu. To ludyczna strona Makłowiczowskiego kucharzenia, swojska i rodzima.

Nasz bohater doskonale bowiem wyczuwa, że popularność wymaga dzielenia gustów z resztą rodaków. Można wielbić Franza Josefa, ale nie można pogardzać tymi, którzy klikają, a którzy o galicyjskiej świetności Krakowa pojęcie mają słabe.

„Uwielbiam różowe koszule, odczuwam niezrozumiały afekt do fasolki po bretońsku, podoba mi się fiat multipla i wiem, kto to są siostry Godlewskie” - mówił Makłowicz w grudniu 2020 r.

W innym wywiadzieinformował, że „wszystko, co zarobił, pracując jako student w Londynie, przejadł i przepił, wydając pieniądze w kuchniach z całego świata”. Wizerunkowi „swojaka” towarzyszą zręczne posunięcia biznesowe i rosnąca pozycja na rynku reklamy. Od lat współpracuje z firmą Jantoń, która „przejęła działalność operacyjną biznesu winiarskiego Roberta Makłowicza, ma też wyłączność na jego wizerunek” - jak czytamy w komunikacie. Jantoń, producent i dystrybutor wina w Polsce, ma też umowę z Mikołajem Makłowiczem, sommelierem, prywatnie synem Roberta.

O sile marketingowej Makłowicza świadczy również jego umowa na reklamę karty ZEN, ułatwiającej przewalutowywanie i wypłaty z bankomatów („dołączajcie do ZENteam i korzystajcie z jakże polsko brzmiących cashbacków instant” - zachęca Makłowicz w swoich filmach). Ostatnio stał się również twarzą Virgin Mobile.

Co dalej?

Szturmem zdobytą pozycję ulubieńca Polaków trzeba teraz zdyskontować. W komentarzach pod filmikami, które same w sobie są doskonałym materiałem dla badaczy nastrojów społecznych, unosi się duch wzmożenia i zapału. „Panie Robercie - jest pan najlepszy”. „Mistrz”, „Makłowicz do Sejmu”, „Dziękuję Panu za wszystko” - piszą wielbiciele. Najśmielszy rzucił hasło: „Makłowicz na prezydenta!”

Czy Robert Makłowicz czuje się przyszłym prezydentem? Tylko czekać, aż zgłoszą się do niego polityczni akwizytorzy z kuszącymi propozycjami.

On sam o polityce miał dotąd zdanie zdecydowane, nazywając ją „tandetną wydmuszką”. „Wiem świetnie, że pazerność, obłuda i cynizm to nie są przywary, na które monopol ma tylko jedna część klasy politycznej. Jednak jeszcze nigdy po 1989 roku te negatywne cechy nie były niejako busolą, sztandarem, kierunkiem i sposobem uprawiania polityki” - mówił w wywiadzie dla Onetu jesienią 2020 r.

Ale dokąd zawędruje Robert Makłowicz, dopiero się przekonamy.

Ostatnio - mimo pandemii - udało mu się wyrwać z ekipą do Szwecji (średnia oglądalność szwedzkich odcinków na poziomie pół miliona), Robił tam to, co kocha: smażył dorsze, łaził po knajpach, czarował opowieściami o skandynawskiej historii i kuchni. Dosłownie kilka dni temu zakończył gastronomiczną eksplorację Podlasia, gdzie co prawda nie knajpował, ale gadał, i to sporo. No i jadł, a to przecież najważniejsze.

Na miękko czy na twardo? Który sposób gotowania jaj jest lepszy?

Wideo

Materiał oryginalny: Jeść jak Robert Makłowicz, czyli za co pokochali go Polacy? - Dziennik Zachodni

Komentarze 6

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

k
kyrtuS

Polacy pokochali go poniewaz Polacy lubia sobie wpierd0lić. Polacy lubia tez podrozowac. Maklowicz byl skazany na sukces.

G
Gość

nie znam nikogo komu podobają się programy makłowicza

G
Gość

Knypek w kapeluszu o przerośniętym ego. Swego czasu sowicie przepłacany przez TVP. Kogo porwał tego porwał. Jak ktoś ma siano zamiast mózgu to pewnie został "porwany".

G
Gość

Pisowskie szambo w komentarzach wybiło. To jest obraz polskiego narodu. Przerażający obraz.

G
Gość

Z całym szacunkiem dla tego pana, ale:

Jeść jak Robert Makłowicz, a po 40-stce (a może dużo szybciej?) będziesz kaleką z mega problemami układu sercowo-naczyniowego, nadciśnieniem, depresją i/lub innymi chorobami psychicznymi, skrzywieniem kręgosłupa, osteoporozą, cukrzycą, zaburzeniami oddychania, nietolerancją wysiłku, zwyrodnieniami stawów, i idealną bazą zapraszającą do wszelakich chorób nowotworowych.

Czy tego właśnie życzą swoim czytelnikom wyrobnicy klikalności zatrudnieni przez Gazetę Wrocławską/PolskaPress?

Zamiast wzorować się na wszelkiej maści celebrytach, nawet tych całkiem miłych i z naszej bajki światopoglądowo-politycznej, słuchajmy mądrych i rozumnych ludzi ze świata nauki, medycyny, żywienia, sportu. Miejmy też własny rozum i krytyczne podejście do rzeczywistości.

PS. Polacy (w każdy razie ich pewna część) pokochali też np. pato-streamy na YouTube, czy brukową prasę internetową (np. Gazeta Wrocławska) - o czym to świadczy? Czy warto brać z nich przykład? Reklamować te wartości jeszcze szerszemu gronu odbiorców?

G
Gość
1 maja, 12:04, Gość:

Nowiny, nie do końca tak jest. W jednej ze stolic europejskich, w której nagrywał swój program Makłowicz opowiadał mi znajomy Polak, który tam mieszka i pracuje, że ów Makłowicz to kawał chama. Tylko w TV to tak ładnie wygląda.

a ten znajomy Polak nie jest przypadkiem kawałem wolskiego chama?

Dodaj ogłoszenie