reklama

Jan Krzysztof Bielecki: Najgorsze już za nami, ale kryzys potrwa jeszcze lata

Agaton KozińskiZaktualizowano 
Jan Krzysztof Bielecki
Jan Krzysztof Bielecki FOT GRZEGORZ JAKUBOWSKI/POLSKAPRESSE
- Kryzys na świecie się nie skończył. Ilość problemów, które do rozwiązania ma sama strefa euro, jest ogromna. Chociażby problem potężnego zadłużenia. Z tym trzeba się będzie zmagać przez wiele lat - mówi Jan Krzysztof Bielecki w rozmowie z Agatonem Kozińskim.

To Pan doradził premierowi Tuskowi, by zapowiedział koniec kryzysu w Krynicy?
Premier Tusk sam doskonale wie, jakie podejmować decyzje. Jego wypowiedź była po prostu wynikiem bardzo drobiazgowej analizy sytuacji.

Ale tę drobiazgową analizę przeprowadziła Rada Gospodarcza, której pracami Pan kieruje?
Nie. Przecież w rządzie są minister gospodarki, minister finansów, którzy tym się zajmują. Choć, oczywiście, Rada Gospodarcza też miała swoją opinię w tej sprawie.

Wcześniej mówił w ten sam sposób prezydent Francji François Hollande. Z premierem Donaldem Tuskiem łączą go słabnące notowanie. Czy nie jest tak, że tonący końca kryzysu się chwyta?
Przecież premier powiedział coś innego niż francuski prezydent. Donald Tusk zaznaczył, że kryzys pukał do naszych drzwi, a my go nie wpuściliśmy. Tymczasem wszyscy wkoło powtarzają, że on ogłosił koniec kryzysu. Ale sformułowanie użyte przez pana premiera było bardzo adekwatne. Kryzys pukał do naszych drzwi, chwilami łomotał, ale nie wpuściliśmy go, a nasze dane pokazują, że do końca tego roku oraz w pierwszym kwartale roku następnego sytuacja będzie dobra. Premier jest przekonany, że tego potwora o nazwie "kryzys" udało się nam odpędzić na dobre.

Udało się odpędzić, bowiem kończy się kryzys na świecie - w tym sensie skrót myślowy, mówiący, że premier zapowiedział koniec kryzysu, jest słuszny.
Tu się z panem nie zgadzam. Absolutnie nie możemy powiedzieć, że kryzys na świecie się skończył. Niektórzy uważają, że najgorsze jest za nami, ale ilość problemów, które do rozwiązania ma sama strefa euro, jest ogromna. Chociażby problem potężnego zadłużenia wielu krajów europejskich. Z tym trzeba się będzie zmagać jeszcze przez wiele, wiele lat.

15 września 2008 r. upadł bank Lehman Brothers i tę datę uznano za symboliczny początek kryzysu. Najgorsze, jak Pan mówi, mamy już za sobą. Która data będzie symbolicznym końcem tego kryzysu? Już ją znamy?
Gdy rozpoczynał się kryzys, pracowałem w banku. W nim symptomy nadciągającego kryzysu widzieliśmy już wcześniej, bo już wtedy zaczęły się zmieniać spready na rynku - choć nie do końca było wiadomo, co jest tego przyczyną. Upadek Lehman Brothers odpowiedział na wiele z tych pytań i to dlatego obrósł symboliką. Natomiast nie sądzę, byśmy poznali datę zakończenia kryzysu. Tak długo, jak problem nadmiernego zadłużenia w krajach strefy euro nie zostanie rozwiązany, nie będzie można powiedzieć, że ten kryzys już minął.

Mimo to kilka kluczowych dat już było. Rok temu, 7 września, szef EBC Mario Draghi zapowiedział, że zrobi wszystko, co w jego mocy, by bronić euro. Z kolei pięć dni po nim Ben Bernanke, szef Fed, rozpoczął trzecią rundę luzowania polityki monetarnej. Jak ważne to były daty?
To były kolejne kroki przybliżające nas do ostatecznego końca. Ale to nie był koniec. Sięgając do terminologii medycznej, to były kolejne zmiany lekarstw ordynowane przez konsylium lekarskie koordynujące kurację. Wypowiedzi prezesa Maria Draghiego były dlatego tak ważne, że powiedział spekulantom, że pacjent będzie ratowany wszelkimi środkami, bez względu na koszty.

Potrzebne będą kolejne zmiany czy zaproponowane lekarstwa są właściwe i co najwyżej trzeba zmienić wielkość dawki?
Problemem jest przede wszystkim kwestia przyrostu długu. Tego nie da się rozwiązać metodami konwencjonalnymi. Z tego powodu nie da się powiedzieć, że uporaliśmy się z tą chorobą.

Wraz z przyjęciem nowego budżetu UE na lata 2014-2020 Komisja Europejska zyska narzędzia do kontrolowania wielkości deficytów w budżetach krajów członkowskich. Czy to jest rozwiązanie, które ostatecznie pomoże Europie wyleczyć się z długów?
Nie jestem przekonany. Komisja Europejska podtrzymuje przekonanie, że niemieckie pomysły na przezwyciężanie kryzysu są najlepsze, a więc przede wszystkim dyscyplina i polityka zaciskania pasa - to ma być metoda, która pozwoli stanąć na nogi tym krajom europejskim, które są w kłopotach. Tymczasem, nie negując konieczności wprowadzenia wielu działań ostrożnościowych, śmiem twierdzić, że kwestii zadłużenia nie da się rozwiązać zwykłym zaciskaniem pasa.
Jakie działania są więc potrzebne? Rządy zadłużonych krajów muszą się zdobyć na trudne reformy?
Pan odwołuje się do metod konwencjonalnych. Tymczasem nie tędy droga. By pozbyć się obecnych długów, większość krajów europejskich musiałaby przez 20 kolejnych lat wypracowywać nadwyżkę budżetową i zaoszczędzonymi pieniędzmi spłacać długi. Takie rozwiązanie jest raczej mało prawdopodobne. Inna metoda to głębokie cięcia wydatków i masowa prywatyzacja wszystkiego, co obecnie posiadają poszczególne państwa. Ale jeśli wszyscy pójdą tą drogą, to gwałtownie spadną wyceny. Restrukturyzacja długu też wydaje się wątpliwa, bowiem jej koszt zostałby przerzucony na sektor finansowy, a on mógłby tego nie dźwignąć. Dlatego uważam, że państwa strefy euro powinny szukać niestandardowych rozwiązań.

Jakiego typu?
Przede wszystkim kraje w kłopotach trzeba przekonać do tego, by dokonały niezbędnego dostosowania fiskalnego. Gdy do tego dojdzie, widzę kilka możliwych opcji. Możliwe jest uwspólnotowienie długu poprzez emisję euroobligacji. To rozwiązanie budzi jednak wiele wątpliwości ekonomicznych, a przede wszystkim politycznych, bo oznaczałoby, że kraje bardziej wiarygodne, które nie popełniły błędów gospodarczych, nagle będą musiały płacić wyższe odsetki od swego długu, żeby te kraje, które takie błędy popełniły, mogły płacić niższe odsetki. Dlatego wydaje mi się, że strefa euro nie ucieknie od poważnej debaty na temat możliwości monetyzacji długu, choć - jak wynika z klasycznej już pracy Kennetha Rogoffa i Carmen Reinhart - wcale nie musi to być najlepsze rozwiązanie.

Polska też ma problem z długiem - choć może nie tak duży jak większość krajów strefy euro. Teraz rząd podjął decyzję o umorzeniu obligacji państwowych, które posiadały OFE. W ten sposób dług zmaleje o kilka punktów procentowych. W jaki sposób można spożytkować tę przestrzeń fiskalną, którą właśnie uzyskaliśmy?
Przede wszystkim my nie mamy problemu z długiem - w przeciwieństwie do większości krajów europejskich. Przecież w naszej konstytucji, a także w traktacie z Maastricht, wpisano, że wysokość zadłużenia nie powinna przekraczać poziomu 60 proc. PKB, tymczasem średni poziom zadłużenia w strefie euro zbliża się do 90 proc. A przecież limit długu na poziomie 60 proc. i deficytu na poziomie 3 proc. PKB nie wzięły się z sufitu. Twórcy unii walutowej zakładali, że poziom 60 proc. jest bezpieczny dla krajów wysokorozwiniętych. Dodatkowo szacowali, że gospodarka będzie nominalnie rosła 5 proc. rocznie, czyli żeby poziomu długu w relacji do PKB pozostał niezmienny, deficyt może wynosić 3 proc. PKB. Szybsze zadłużanie się powoduje ciągły wzrost relacji długu do PKB, a to z kolei może spowodować, że odsetki, które trzeba płacić, będą rosły szybciej niż nominalny PKB. Wtedy wpada się w spiralę zadłużenia - dług rośnie sam z siebie. W Polsce zagrożenia przekroczenia tego 60-procentowego limitu nie było, ale zmiana w systemie emerytalnym daje większe pole manewru, obniża poziom zadłużenia o 7-8 pkt proc. Ale przede wszystkim ta reforma zatrzymuje piekielną maszynę, która była ukryta w systemie emerytalnym zbudowanym wokół OFE. To polegało na tym, że rząd musiał na rynku pożyczać pieniądze, które później transferował do funduszy emerytalnych - tylko po to, by OFE 60 proc. sum z tych transferów wydawały na obligacje Skarbu Państwa. To wszystko brało się z fałszywego założenia mówiącego, że towarzystwa emerytalne mają inwestować bezpiecznie. Tymczasem bezpieczne mają być same emerytury - ale właśnie po to ich wypłatę rozdzielono na pierwszy i drugi filar. Stabilność gwarantuje pierwszy filar, do którego trafi 85 proc. składki. Pozostałe 15 proc. trafi do funduszy emerytalnych i ta część może być inwestowana bardziej ryzykownie.

Podkreślił Pan przed chwilą, że po ostatnich zmianach w OFE dług publiczny będzie o 7-8 pkt proc. mniejszy. Teraz rząd miał małą możliwość manewru, gdyż przekroczenie progu 55 proc. długu publicznego oznaczałoby konieczność radykalnych cięć. Jak on wykorzysta większą przestrzeń fiskalną?
Najważniejsze jest niedopuszczenie do załamania polskiej gospodarki. Polska jest jedynym krajem Europy, który od dwóch dziesięcioleci nieprzerwanie się rozwija. Nie mieliśmy ani jednego roku załamania. Pod tym względem jesteśmy bezkonkurencyjni. Cały czas idziemy do góry, co pozwala utrzymać niezbędny optymizm. Natomiast pan pyta, co nam właściwie daje ten zmniejszony dług. Odpowiadając na to, trzeba pamiętać, że czym innym jest dług, a czym innym deficyt budżetowy. Zmniejszony dług przekłada się także na mniejszy deficyt poprzez mniejsze koszty obsługi długu. Żeby uzmysłowić czytelnikom skalę tej zmiany, można powiedzieć, że żeby uzyskać takie środki, jakie będziemy mieli dzięki mniejszym kosztom obsługi długu, musielibyśmy podnieść VAT o 1 pkt proc. Te zmiany powinny ułatwić stosowanie instrumentów dłużnych przez rząd i samorządy, co będzie szczególnie istotne przy wykorzystywaniu pieniędzy z nowego budżetu europejskiego. Pewnie przy okazji wielkość długu publicznego znów wzrośnie. Ale jeśli mamy pożyczać pieniądze, to lepiej, gdy te pożyczki przeznaczamy na rozwój kraju.

Rozwój kraju, w dodatku bez zwiększania poziomu zadłużenia, miał wspierać Program Inwestycje Rozwojowe. Obecnie nie ma z niego jednak większego pożytku. Na czym polega problem?
Nie ma problemu, gdyż ten program ma się dobrze i ciągle się rozwija. On się składa z dwóch części - pierwszą realizuje bank BGK, drugą spółka celowa. I pierwsze zadanie zostało zrealizowane. BGK został dokapitalizowany kwotą 4 mld zł. To ułatwiło udzielenie gwarancji kredytowych dla małych i średnich przedsiębiorstw w wysokości 3,3 mld zł. To zaś przełożyło się na kredyty o wartości 5,8 mld, które wsparły 17 tys. przedsiębiorców. Te twierdzenia o tym, że PIR nie przynosi korzyści, są dość charakterystyczne dla Polski. My byśmy chcieli wielkich projektów na miarę wieży Eiffla, a nie potrafimy docenić 17 tys. małych projektów, które dla tych przedsiębiorców są ważniejsze niż każda wieża Eiffla. A zaczynać trzeba od małych rzeczy i stopniowo piąć się w górę.
Ale sztandarowym produktem tego programu miały być wielkie inwestycje infrastrukturalne, tymczasem nic o nich nie słychać.
BGK patrzy także na takie projekty - przy funduszach, jakimi dysponuje, jest w stanie w nie wchodzić. Poza tym mamy spółkę PIR. Ona też dysponuje kapitałem umożliwiającym wchodzenie w duże projekty. Na razie trwają przygotowania pierwszych pięciu, sześciu inwestycji. Rzeczywiście, patrząc na tempo tych prac, chciałoby się powiedzieć, że powinno ono być szybsze.
Te inwestycje miały też pobudzić polską gospodarkę w tym roku - ale ta szansa nie została wykorzystana. Rozwijamy się bardzo wolno, a Donald Tusk płaci za to cenę polityczną.

Profesor Leszek Balcerowicz na naszych łamach ("Polska", 20.05.2013) sformułował tezę mówiącą, że Polsce grozi trwałe spowolnienie gospodarcze - czego dowodem jest coraz słabsze tempo rozwoju kraju, także w latach lepszej koniunktury. Pan też diagnozuje taki problem?
Obniżenie średniego długookresowego tempa wzrostu wraz z podwyższaniem się poziomu rozwoju gospodarczego, czyli tzw. konwergencja, jest udziałem prawie wszystkich państw rozwiniętych. Jest to jedna z najlepiej potwierdzonych obserwacji ekonomicznych. Będąc coraz bogatszymi, będziemy rozwijać się wolniej. Jestem natomiast przekonany, że jeszcze przez wiele lat podstawowym czynnikiem dającym nam przewagę nad innymi krajami będą konkurencyjne koszty pracy. Badania i rozwój są oczywiście potrzebne, ale nie łudźmy się - w ciągu kilku lat nie staniemy się państwem, którego rozwój gospodarczy jest oparty na wynalazkach. Azjatyckie tygrysy też zaczynały od konkurowania ceną: najpierw Japonia konkurowała z USA, potem Korea zaczęła produkować taniej niż Japonia, Chiny produkują taniej niż Korea, a już Wietnam zaczął produkować taniej niż Chiny. Po drodze te państwa stają się nowoczesnymi gospodarkami.

Głównym hasłem wyborczym Donalda Tuska jest cywilizacyjny skok, doganianie Zachodu - to właściwie jedyny postulat, który on tak jasno deklaruje. Pan tymczasem właśnie powiedział, że naszą jedyną szansą na dalszy rozwój jest praca za stawki niższe niż w innych krajach - to nasza jedyna szansa na dalszy rozwój.
I doganiamy. W czasie rządów premiera Tuska PKB na mieszkańca w Polsce wzrósł z 54 proc. średniej unijnej do 64 proc. Fakt, że trzymamy konkurencyjne koszty pracy, że wydajność u nas rośnie szybciej niż pensje, jest dla nas podstawą rozwojową. I to właśnie jest jednym z powodów, dla których powstało tyle bezpośrednich inwestycji zagranicznych. Właśnie dlatego Polska ciągle notuje wzrost gospodarczy i tworzy miejsca pracy. Gdy koszty pracy u nas wzrosną, to tych miejsc zacznie ubywać. Przed takim problemem ostrzega Marek Belka i uważam, że warto wsłuchiwać się w jego pragmatyczne uwagi.

Innymi słowy, Zachód cały czas gonimy - ale gonimy na słabo opłacanych stanowiskach.
Czy ja wiem, czy za słabo? Na przykład płaca minimalna rośnie u nas za szybko, jest już wyższa o 30 proc. niż w Czechach. To pokazuje, jak bardzo w ryzach konkurencyjności musimy trzymać wysokość płac. Związki zawodowe w ostatnim tygodniu próbowały narzucić temat mówiący, że w kraju płaci się za mało. Ale w ten sposób całkowicie odwróciliśmy się od innego problemu, jakim jest bezrobocie. To zdumiewające, że w Skandynawii, gdzie bez pracy jest kilka procent obywateli, potrafią o tym godzinami dyskutować. W USA prezydent nie może wygrać wyborów, jeśli nie powie, jak zamierza uporać się z bezrobociem - mimo że ono wynosi 7 proc. W Polsce jest ono na poziomie 13 proc., a tymczasem dyskutujemy tylko o postulatach związkowców, którzy chcą zarabiać więcej. Przy okazji niezauważony przechodzi fakt, że ci związkowcy reprezentują również takie branże jak energetyka, przemysł wydobywczy, gdzie przeciętna pensja to ponad 6 tys. zł. Przecież jeśli posłuchamy ich żądań, czyli zlikwidujemy tzw. umowy śmieciowe oraz podniesiemy płacę minimalną o kolejne 300 zł, to efektem będzie tylko powiększenie się szarej strefy. A taka szara strefa to nieszczęście krajów południa Unii Europejskiej. To patologia, którą później bardzo trudno wyplenić.

Inaczej widzi to prof. Jerzy Hausner. W swoim raporcie o konkurencyjności polskiej gospodarki napisał, że rząd stosuje doping - to znaczy wprowadza rozwiązania, które pozwalają mu osiągnąć krótkotrwały efekt, ale które w dłuższej perspektywie są szkodliwe. Jako przykład podał podniesienie VAT-u. Natomiast według Hausnera brakuje rozwiązań, które dawałyby szansę na poprawę jakości gospodarki.
Myślę, że podniesienie VAT-u nie jest tu najlepszym przykładem, ponieważ zgodnie z teorią ekonomii wzrost opodatkowania konsumpcji jest akurat działaniem, które w długim okresie powinno przynieść pozytywne efekty. Dziś nie można wierzyć, że uda się wprowadzić jedną wielką reformę, po której przez 15 lat będzie można spoczywać na laurach. Takiej skokowej zmiany udało nam się dokonać na przełomie lat 1989/1990. Zachodzące także w innowacyjnych sektorach gospodarki zmiany postępują praktycznie cały czas. Mogę mówić tylko o swojej branży, ale akurat w bankowości innowacje są gigantyczne. W ciągu kilku lat przeskoczyliśmy całą epokę. Przeskoczyliśmy epokę czeków, żeby od razu wprowadzić wirtualne banki. Według Mastercard Polska jest jednym z najbardziej rozwiniętych rynków w zakresie technologii płatności bezdotykowych. Mamy giełdę posługującą się najnowocześniejszymi systemami komputerowymi i supernowoczesny system zleceń giełdowych. W Polsce komercyjnie oferowana jest mobilna sieć LTE, której nie ma np. we Francji, Włoszech czy Holandii.
Ale są przykłady państw, które poprzez wielkie zmiany dokonały skoku cywilizacyjnego. Przykładem mogą być Finlandia i Korea Południowa - oba w pewnym momencie radykalnie zwiększyły wydatki na badania i rozwój i w efekcie znalazły się w czołówce innowacyjnych państw świata. W Polsce na badania wydaje się natomiast niecały 1 proc. PKB. Nie trzeba centralnego planisty, by dostrzec, że to może być naszą szansą.
I bez centralnego planisty widać, że mamy odwrócone proporcje wydatków na badania i rozwój między biznesem a nauką opłacaną z budżetu. U nas większość patentów rejestrują uczelnie państwowe, podczas gdy na Zachodzie częściej robią to firmy prywatne. Powoli zresztą to się zmienia. Widać to na rynku farmaceutycznym. W Polsce dominują na nim koncerny międzynarodowe, ale widać też kilka polskich przedsiębiorstw, które próbują z nimi konkurować, robić swoje własne leki, a nie tylko kopiować rozwiązania wymyślone przez innych. Państwo taki proces może wspierać - ale nie da się zadekretować, by od jutra polski przemysł był bardziej innowacyjny.

Właśnie ten brak innowacyjności okazuje się naszym hamulcem. Widać to choćby na przykładzie poszukiwań gazu łupkowego. Idzie to bardzo powoli także dlatego, że nie mamy i nie jesteśmy w stanie stworzyć własnych rozwiązań technologicznych potrzebnych do jego poszukiwań.
W tym przypadku problem tkwi gdzie indziej. Przedsiębiorstwa, które tym poszukiwaniem chciałyby się zająć, oczekują, że będą mieć dużo więcej swobody, niż próbują im zaoferować instytucje to nadzorujące. Dziś cały czas nie wiemy, ile tego gazu w Polsce jest. By to sprawdzić, trzeba wiercić. A jak firmom, które chcą wiercić, każe się czekać na stworzenie odpowiednich ram prawnych, to one nie wiercą.

W niedawnym raporcie World Economic Forum nisko ocenił polski system podatkowy oraz stan biurokracji. Coś może drgnąć w tej dziedzinie?
Prowadzimy analizy dotyczące problemu biurokracji, jest na stole kilka pomysłów. Podoba mi się rozwiązanie mówiące o wprowadzeniu elementu konkurencji między urzędami. Zostałby stworzony ranking tych urzędów, w ten sposób byłoby wiadomo, który z nich jest efektywny i przyjazny. Można też wykorzystać rozwiązania stosowane w biznesie, które często testują jakość swoich usług poprzez stosowanie metody zwanej mystery shopper. To pozwoliłoby ocenić jakość pracy urzędów. Na pewno w tej dziedzinie można zrobić więcej, niż jest zrobione.

A jest jakiś pomysł na system podatkowy? Premier Tusk w Krynicy zapowiedział jego uproszczenie. W którym kierunku pójdą zmiany?
Na pewno warto iść w kierunku większego automatyzmu, czyli zniesienia różnego rodzaju ulg, odstępstw od reguł, wyłączeń. Ale wprowadzenie takich zmian to wielka decyzja i ciekawe wyzwanie dla klasy politycznej, która uwielbia wszelkiego rodzaju ulgi.

PiS rzucił propozycję wprowadzenia 1-procentowego podatku obrotowego, który miałby być nałożony na wielkie sieci handlowe - w ten sposób chce zapobiec transferowi ich nieopodatkowanych zysków za granicę. Co Pan sądzi o tej koncepcji?
To mit, że supermarkety nie płacą podatków. Według danych Ministerstwa Finansów sklepy wielkopowierzchniowe w ubiegłym roku zapłaciły ich 700 mln zł. Zresztą oprócz tych 700 mln supermarkety inwestują w Polsce, dają pracę swoim pracownikom i pracownikom swoich poddostawców. A nade wszystko pamiętajmy, że konkurencja między sieciami handlowymi to zysk dla nas wszystkich, konsumentów, bo konkurencja powoduje presję na ceny. Nie można odpowiedzialnie opowiadać, że panuje bezrobocie i drożyzna, a w kolejnym zdaniu zwiększać obciążenia firm, które gwarantują miejsca pracy i utrzymanie cen podstawowych produktów w ryzach. To absurd. To, czego możemy żałować, to tego, że żadna większa sieć handlowa nie jest polska. Cudzoziemcy wykorzystali słabość polskich przedsiębiorców, którzy przez 20 lat nie umieli się porozumieć i stworzyć jednej sprawnej sieci - a gdy im się udawało, to natychmiast ją sprzedawali firmie zagranicznej. Nie oszukujmy się, prowadzenie sieci kilkudziesięciu czy nawet kilkuset hipermarketów to nie są Himalaje biznesu - a mimo to żaden Polak nie umiał takiej sieci stworzyć. To raczej dowód na brak kapitału społecznego, czyli umiejętności współpracy. To, że ktoś potrafił poradzić sobie w biznesie lepiej od nas, to jeszcze nie powód, żeby mu tego zabraniać.

Rozmawiał Agaton Koziński

100 milionów euro z Funduszy Norweskich na rozwój przedsiębiorczości

Wideo

Materiał oryginalny: Jan Krzysztof Bielecki: Najgorsze już za nami, ale kryzys potrwa jeszcze lata - Polska Times

Rozpowszechnianie niniejszego artykułu możliwe jest tylko i wyłącznie zgodnie z postanowieniami „Regulaminu korzystania z artykułów prasowych”i po wcześniejszym uiszczeniu należności, zgodnie z cennikiem.

Komentarze 2

Ta strona jest chroniona przez reCAPTCHA i obowiązują na niej polityka prywatności oraz warunki korzystania z usługi firmy Google. Dodając komentarz, akceptujesz regulamin oraz Politykę Prywatności.

Podaj powód zgłoszenia

A
Administrator

To jest wątek dotyczący artykułu Jan Krzysztof Bielecki: Najgorsze już za nami, ale kryzys potrwa jeszcze lata

G
Gość

Dzięki Wielkiemu Przewodniczącemu Donaldowi Tuskowi, który zapewnił nam
obfite zbiory mirabelek oraz wysokie plony soczystego szczawiu, kryzys mamy
już za sobą.
Dzisiaj spokojnie patrzymy w przyszłość.
Dzięki nieomylności i szczodrobliwości naszego Przywódcy, możemy skupić się na naszym ulubionym zajęciu - konsumpcji zebranych plonów.
To ogłaszam ja.
Wasz Leming PO-spolity.

G
Gość

"Rzeczpospolita" alarmuje, że "w Polsce niepokojąco rośnie liczba samobójstw.
"Dane pochodzą z Komendy Głównej Policji. W tym roku prób samobójczych było aż 4,2 tysiące!
Według danych Komendy Głównej Policji do których dotarła "Rzeczpospolita", wynika, że w ciągu pierwszego półrocza 2013 roku było aż 4,2 prób samobójczych. Z tego 3 tysiące skutecznych.
Natomiast w całym roku 2012 prób samobójczych było 5,7 tys. a zgonów 4,1 tys. Według psychologów przyczyną prób samobójczych jest w WIĘKSZOŚCI
PRZYPADKÓW KRYZYS.
"Rzeczpospolita" alarmuje, że jeśli sytuacja się nie poprawi, to do końca roku liczba prób samobójczych przekroczy 8 tys. " Średnio w tym roku dochodziło do blisko 700 prób samobójczych miesięcznie. W ubiegłym roku - do 480".

polo

Dodaj ogłoszenie