Czy łódzka gastronomia przetrwa? Dostawy do klienta nie są deską ratunkową gastronomii. Jest coraz gorzej!

Piotr Jach
Piotr Jach

Wideo

Zobacz galerię (2 zdjęcia)
Obserwując łódzką gastronomię jedynie przez pryzmat mediów społecznościowych, można odnieść wrażenie, że jakoś sobie radzi: lokale zachęcają do zamawiania dań na wynos, z dowozem do domu, oferują vouchery do realizacji „po pandemii”, proponują nowe - bezpieczne - posiłki: w wyjaławianych słoikach lub opakowaniach próżniowych... Wszystko to jednak złudny obraz.

Branża gastronomiczna rozpaczliwie walczy o przetrwanie kryzysu spowodowanego epidemią koronawirusa i zamknięciem lokali. Determinacja, żeby jakoś doczekać ponownego ich otwarcia, jest olbrzymia, ale wciąż nie wiadomo, kiedy to nastąpi, a każdy dzień przestoju to niepowetowane straty.

Choć początkowo wydawało się, że przestawienie lokali działających stacjonarnie na działalność z ofertą na wynos lub z dowozem będzie dobrym pomysłem na przetrwanie pandemii, rzeczywistość szybko zweryfikowała te nadzieje.

- To był promil wcześniejszych obrotów, niedający żadnego uzasadnienia ekonomicznego do dalszego prowadzenia w ten sposób działalności - mówi Marcin Celmerowski, prezes Grupy Bawełna, która zarządza czterema popularnymi restauracjami. Właśnie wszystkie zostały zamknięte. Na razie na tydzień.

- Dowozy nie rekompensują utraty obrotów na zwykłym poziomie. Robię to tylko dlatego, żeby mieć za co utrzymać załogę - przyznaje Grażyna Szerszyńska, współwłaścicielka burgerowni Pittu-Pittu.

Jeszcze gorzej jest w lokalach, których oferta przed epidemią bazowała na napojach wyskokowych, a nie na żywności. Drinków z dowozem nikt raczej nie zamawia, a akcje sprzedaży na wynos kotajli, czy butelkowanych nalewek są raczej aktem rozpaczy niż długofalową strategią.

- W kryzysie gastronomia pada jako pierwsza, a podnosi się jako ostatnia. Dowozy jej nie uratują, bo pozwalają tylko w minimalnym stopniu ograniczyć straty. Spadki obrotów w lokalach sięgają 80-90 procent. Restauratorzy, którzy się na to zdecydowali, robią to tylko dlatego, żeby jakoś uskładać na wypłaty dla pracowników i po prostu dać im jakieś zajęcie - mówi Agata Zarębska, współautor-ka znanego bloga gastronomicznego „Jemy w Łodzi”. - Rokowania są niestety kiepskie. Likwiduje się mnóstwo firm, ludzie tracą pracę, a innym obniża się zarobki. Społeczeństwo ubożeje, a kto martwi się jak przetrwać do pierwszego, ten do restauracji raczej nie pójdzie...

Stosunkowo najlepiej w tych czasach radzą sobie tylko te lokale, które jeszcze przed koronawirusem zbudowały swoją działalność biznesową na dostawach. Osiedlowe pizzerie czy niektóre popularne bary z domowymi obiadami okazały się o wiele bardziej odporne na kryzys niż renomowane restauracje.

- Straty, owszem, są. Ale myślę, że ten kryzys przetrwam głównie dzięki temu, że mam produkt cieszący się renomą i własnych dostawców. Nie muszę płacić pośrednikom -wyjaśnia Grzegorz Urbański, właściciel pizzerii „Biesiadowo” z ul. Piotrkowskiej. - Restauratorom, którzy dopiero weszli w dowozy, szczerze współczuję, bo dwie dominujące na rynku firmy zajmujące się dostawami gotowych dań do domów dogadały się najwyraźniej między sobą i kasują od lokali po 35 procent za usługę.

Komentarze

Komentowanie artykułów jest możliwe wyłącznie dla zalogowanych Użytkowników. Cenimy wolność słowa i nieskrępowane dyskusje, ale serdecznie prosimy o przestrzeganie kultury osobistej, dobrych obyczajów i reguł prawa. Wszelkie wpisy, które nie są zgodne ze standardami, proszę zgłaszać do moderacji. Zaloguj się lub załóż konto

Nie hejtuj, pisz kulturalne i zgodne z prawem komentarze! Jeśli widzisz niestosowny wpis - kliknij „zgłoś nadużycie”.

Podaj powód zgłoszenia

Nikt jeszcze nie skomentował tego artykułu.
Dodaj ogłoszenie